Wypracowania.pl Unikalne i sprawdzone teksty

Bursztyny – streszczenie, problematyka

Streszczenie

Opowieść o bursztynie

Czas wściekłości boga Pośwista, który pędził bałtyckie fale do brzegu, był najlepszym okresem na zbieranie jantaru. Bursztyn był kamieniem szczególnie wartościowym, poświęconym bogom. Najbardziej ceniono te cudowne okazy, w których wiły lub inne boginie zaklęły części swoich skrzydełek.

Jednak tego dnia połów nie był obfity. Młody Gołęch, przedni nurek, i jego siostry, Lubosza i Bożana, nie zgromadzili szczególnie okazałego łupu. Rozdrażnił ich więc widok młodego szczęśliwca, który wydobył z morza bryłkę wielkości głowy. Gołęch chciał go przepędzić, lecz do walki nie doszło, gdyż na horyzoncie pojawili się jadący od boru ludzie.

Wkrótce przybysze pojawili się w chacie starego Gołęcha. Był z nimi tłumacz, podobno z Chrobacji, dzięki któremu rozmowa była możliwa. Pochodzący z Romy wędrowcy chcieli wymienić swe dobra na bursztyn. Gospodarz chaty początkowo niechętnie odnosił się do tej propozycji, lecz kiedy zobaczył wspaniały oręż wniesiony przez pachołka, otworzył swą sakwę.

Negocjacje nie były ani krótkie, ani łatwe. Z bezpiecznego miejsca przyglądały się im Bożanna i Lubosza, którym żal serce ściskał, ilekroć ojciec odrzucał damskie części garderoby, sięgając po broń.

W pewnym momencie Gołęch wydobył z sakwy bryłę wyjątkowo wielką. Oczy kupca rozbłysły, lecz starzec nie zamierzał sprzedać okazu przeznaczonego na ofiarę dla bogów. W końcu przybysz wydobył przepiękną błyszczącą tkaninę. Lubosza nie wytrzymała i przemówiła do ojca. Wszystkie oczy spoczęły na córkach Gołęcha.

Kupiec nie chciał już bursztynu, teraz pragnął jedynie zabrać ze sobą Bożanę. Ojciec zastanawiał się tylko chwilę, postanowił wziąć wspaniałą tkaninę i oddać przybyszowi córkę. Decyzja ta wywołała u Bożany wielki smutek, choć nie śmiała ona protestować.

Nagle z tłumu wyłonił się przybłęda zwany Ino. Pokazał kupcowi jeszcze piękniejszy okaz bursztynu i złapał córkę Gołęcha za rękę. Kupiec chciał jeszcze pertraktować, lecz ostatecznie ustąpił.

Po chwili w chacie pojawił się Mazoch, znany obrabiacz bursztynu. Negocjacje trwały dalej, a Bożana ze szczęściem patrzyła na swego wybawcę.

Prometeusz i garncarz

Stanko, syn Sulika i członek Rady Starszych, szybkim krokiem przecinał rynek. Jego ojciec zmarł niespodziewanie, ale ostatecznie udało się zorganizować to, co potrzebne do pogrzebu, z wyjątkiem urny. Zmierzał właśnie do Strąża Lepigliny, by znaleźć odpowiednie naczynie.

Wolin był miastem niezależnym, rządzonym przez Radę Starszych. Nie brakowało w nim niczego, a zamożność swą zawdzięczał bursztynowi, skórom zwierzęcym, tkaninom i wyrobom spożywczym (m.in. miodowi). Do Wolina przypływało wiele statków, ale teraz, w czasie żniw, stacjonował tylko jeden, pochodzący z Grecji.

Idąc do domu Strąża, minął Stanko Greków, którzy o coś się spierali. W końcu dotarł do garncarza. Lepiglina miał dwóch synów. Strążyk zaczynał naukę zawodu, choć zbierał się do tego niechętnie. Zupełnie inaczej sprawował się niepostrzyżony jeszcze Kurek (miał 6 lat), dla którego lepienie było przednią zabawą.

Wiadomość o śmierci Sulika rozeszła się już po okolicy. Strąż domyślał się więc przyczyny wizyty i zaprezentował członkowi Rady Starszych popielnicę, jakiej jeszcze nie widziano. Miała ona kształt ludzkiej głowy, a na czerwonym tle czerniały konie, woły, wozy i pługi.

W zamian za urnę pragnął Lepiglina otrzymać w dzierżawę dziesięciołokciowy odcinek wybrzeża. Tłumaczył, że mógłby wtedy sprzedawać naczynia handlarzom z północy, a ci skupowaliby do nich miód. Jednak Stanko nie miał najmniejszego zamiaru przystać na to. Oferował natomiast zwierzęta i inne dobra. Nie mógł przecież sam podjąć decyzji dotyczącej przystani.

Ostatecznie garncarz oddał Stankowi urnę, a ten odszedł, rozmyślając o tym, w jaki sposób skłonić Radę do poparcia starań Strąża. Ponownie mijał grecką galerę, kiedy został zaczepiony przez tłumacza. Opowiedział mu on o przypadku Eugorasa, który przypłynął do Wolina, by obejrzeć bursztyn. Będąc na Sycylii, zabrał ze sobą wielką rzeźbę przedstawiającą głowę jakiegoś boga. Po osiągnięciu Wolina właściciele statku tak obłowili się w bursztyny, że nie mogli zabrać w powrotną drogę. Dlatego Eugoras prosił o to, by ktoś przechował ją dla niego.

Wolin słynął z tolerancji, a Stanko znalazł powód do przekonania Rady. Głowa trafiła do Strąża, a Eugoras obiecał przywieź wspaniałe podarunki, gdy po nią przypłynie. Tłumacz opowiedział jeszcze historię Prometeusza, którego głowę przedstawiała rzeźba.

Żonie garncarza przechowywanie cudzego boga wcale się nie podobało, tym bardziej że młodszy syn wpatrywał się w nią z fascynacją. Strąż postanowił więc zakopać głowę rankiem.

Ta noc nie była dla rodziny garncarza spokojna. Nikt z domowników nie mógł zaznać spokojnego snu. Ojciec zazdrośnie rozmyślał o umiejętnościach twórcy głowy, Kurek nie mógł nadziwić się jej pięknu, a Strążyk zastanawiał się, co ma uczynić z resztą życia. Nie spała też matka, która podświadomie czuła rozterki innych domowników.

Rankiem okazało się, że Strążyk zniknął. Odpłynął grecką galerą na południe. Ojciec jego nie chciał jednak zakopać głowy, toteż umieścił ją nad morzem. Dzięki temu zachował dającą spore zyski dzierżawę.

Eugoras nigdy nie zgłosił się po swą własność. Stała ona więc nad brzegiem Wolina. Z czasem zaczęto brać ją za głowę Juliusza Cezara. Powstały nawet opowieści, że to Juliusz Cezar był założycielem Wolina.

Słup z marmurową głową, wspaniałym arcydziełem sztuki rzeźbiarskiej, przetrwał do XVI w. Z tego właśnie czasu pochodzi ostatnia o nim wiadomość.

U świtu dziejów

Rzepka i Wisienna, córki starego Dobka, pędziły, ile sił do domu. Nieco zbyt długo zostały w lesie, gromadząc chrust na święto Kupały i rozglądając się za ziołami na wianki. Miała to być najpewniej ich ostatnia panieńska celebracja, dlatego przygotowały się do niej szczególnie starannie.

Gdy dotarły do domu, zobaczyły woja zwanego Dzierżkiem, który głośno rozmawiał z mężczyznami. Mówił on, że książę i Dobrawa wkrótce przepędzą bogów, a przywiozą nowego. Ludzie będą chrzczeni, a następnie nazywani nowymi imionami. Obecni w chacie nie chcieli w to uwierzyć.

Świętoch przemówił, że dawni bogowie nie dadzą się przepędzić. Padła nawet propozycja ucieczki do puszczy. Dzierżek stanowczo tego zakazał. Książę zamierzał odebrać prawa i przywileje każdemu, kto opuści swe gospodarstwo. Smuciły się nawet kobiety, choć podobno nowa wiara miała przypisywać im prawa takie same jak mężczyznom.

Książę przybył do grodu wcześniej niż zapowiadano, kilka dni przed świętem Kupały. Wraz ze swym orszakiem i wieloma duchownymi zgromadził ludzi na pagórku, gdzie jeden z przybyszów powalił siekierą posąg boga o czterech twarzach. Mieszkańcy grodu patrzyli na te wydarzenia z przerażeniem.

Gdy posąg padł na ziemię, biskup przemówił. Rzekł zgromadzonym, że jego Bóg jest największy i panuje nad wszystkim. Nie wymaga ofiar materialnych ani zwierzęcych, ale za to oczekuje wiary i miłości. W nowej religii ludzie nie będą niewolnikami, będą dziećmi Boga. Wszyscy słuchali go, a gdy wezwał ich w drogę, poszli za nim niczym zaczarowani.

Przysięga

Mieszko czując, że śmierć się do niego zbliża, odprawił wszystkich, zostawiwszy przy sobie tylko Bolesława. Przemijający król dumny był z syna, którego uważał za odważnego wojownika i człowieka bywałego w świecie. Oznajmił mu, że sam ma władać dziedziną, czyniąc to mądrze i roztropnie. Opowiedział Mieszko o swych sukcesach i uświadomił młodzieńcowi konieczność dalszego jednoczenia słowiańskich plemion pod znakiem Jezukrista.

Patrząc na ojca, zastanawiał się Bolko, w jaki sposób wyprawi pogrzeb pierwszemu słowiańskiemu władcy - chrześcijaninowi. Wsłuchawszy się w jego słowa, obiecał zaciekle bronić ziem swego kraju i nie dopuścić do tego, by Niemcy choć piędź zagarnęli. Przysiągł to na Jezukrista i starych bogów słowiańskich.

Purpurowy szlak

W czerwcu roku 999 z radością powitał Bolesław poselstwo powracające ze stolicy apostolskiej. Papież zatwierdził powstanie arcybiskupstwa w Gnieźnie, swoje przybycie w roku 1000 zapowiedzieli zaś legat papieski oraz Otton III, cesarz Niemiec. Świecki władca pragnął nie tylko spotkać się z synem Mieszka, lecz również pomodlić się przy grobie św. Wojciecha, swego niedawnego przyjaciela.

Bolesław odpowiednio wcześnie rozpoczął przygotowania. Komornik Dybidzban objechał okoliczne wioski i wydał konkretne zalecenia. O ile jednak jadło i napoje nie stanowiły problemu, o tyle utkanie długiego na siedemset kroków dywanu, po którym Otton III miał iść do trumny św. Wojciecha, wydawało się niemożliwe.

Nietęgą miał minę Dybidzban, usłyszawszy, że to na jego głowie spoczywa obowiązek zdobycia dywanu. Przecież tkanie takiego na 70 kroków zajęłoby niemal dwa lata. Jak więc w pół roku miał zdobyć dziesięciokrotnie dłuższy?

Udał się Dybidzban do Miłogęby, swego pomocnika. Razem uradzili, aby odwiedzić księżną, kobietę roztropną i miłościwą. A nuż wyperswaduje ona tę myśl Bolesławowi. U Emnildy, trzeciej zony władcy, znaleźli mężczyźni upragnioną poradę. Oznajmiła im ona, iż książę nie powierzyłby im zadania niemożliwego do wykonania, dlatego powinni szukać sposobu na utkanie dywanu, a nie poddawać się bezradności. Księżna uznała, że należy dążyć do zebrania wszystkich tkaczek z państwa, następnie zaś powierzyć im to niełatwe wcale zadanie.

Nierozwiązana pozostawała tylko kwestia zabarwienia tkaniny na czerwono. Wezwano kapelana, który mówił o drogich ślimakach i owadach zbieranych na południu. W państwie Bolesława możliwości były o wiele mniejsze. Jednakże Boguwola, stara służąca księżnej, oznajmiła, że trzeba zebrać jak najwięcej czerwców (owadów). Tylko barwnik z nich sporządzony będzie mógł zmienić kolor wełnianej tkaniny. Księżna zarządziła więc, aby skontaktować się z kupcami. Dodała również, że do tkania przystąpić może każdy.

*

W Zarzeczu, siole leżącym nieopodal Warty, z niepokojem przyjęto Mirka, gońca z opola. Pojawianie się przedstawiciela władzy nigdy nie wróżyło czegoś dobrego. Tym razem wiadomość okazała się niepoważna. Żaden bowiem z gospodarzy nie chciał uwierzyć, że do grodu wzywane były kobiety. By to potwierdzić, mężczyźni sami wyprawili się do Miłogęby, który potwierdził słowa Mirka.

Gdy wszystkie kobiety zebrały się w opolu, komornik (Miłogęba) opowiedział im o tkaniu. I tym razem problemem okazał się czerwony barwnik do wełny. Kobiety proponowały różne zamienniki, gdyż czerwiec już się wyroił. Darka Paculanka, która nie zrobiła nawet prywatnych zapasów, tak bardzo się ośmieliła, że nazwała Miłogębę Dziobatym (ze względu na pozostałości po krostach na jego twarzy). Widząc jego rozgniewaną minę, uciekła do lasu i schowała się w jeżynach.

Po chwili oporu kobiety obiecały utkać materiał i dostarczyć go na wiosnę. Wtedy komornik rzekł, że ma on być gotowy do końca adwentu, a oponującym rozmówczyniom zagroził uwięzieniem mężów. Smutne szły więc one do gospodarstw, obawiając się, że zaniedbają prace polowe, a bezwzględna natura nie zapomni się za to odwdzięczyć.

*

Praca gospodyń nie była łatwa. Nie miały czasu doglądać swych spraw, gdyż w pełni koncentrowały się na tkaniu, snuciu i barwieniu. Niewielkim pocieszeniem była świadomość, że nie tylko na nie spadł ten ciężki przymus - pracowano także w innych osadach.

*

Przed Godowym Świętem (24 grudnia) pojawili się wysłannicy komornika, którzy odebrali część tkaniny. Kobiety rzuciły się wiec do swoich obowiązków. Zaniedbania sprawiły jednak, że przetrwanie zimy było naprawdę trudne. Zapomniano więc niemal zupełnie o sprawach księcia Bolesława.

*

Nadszedł luty roku tysięcznego. Trzymały tęgie mrozy, a śnieg wciąż leżał na polach. Po siołach rozeszła się wieść, że wkrótce książę Bolesław przyjmował będzie samego Ottona.

I stało się, przyjechał władca ogromnego kraju. Ludzie wybiegli na trakty, by przyjrzeć się namiestnikowi Boga. On zaś, dotarłszy na skraj lasu, zsiadł z konia i, nie zważając na mróz, boso poszedł do świątyni, stawiając sine stopy na czerwonym dywanie. Za nim przemieszczał się książę Bolesław.

Władca Polan myślał o tym, by zjednoczyć plemiona, rozważał tez słowa Ottona III, dążącego do pokojowego scalenia Słowian, ludów germańskich, frankońskich. Tymczasem kardynałowie z podziwem przyglądali się Polsce, a niemieccy margrabiowie czynili to z niepokojem. Wiedzieli bowiem, że oto rośnie potężne państwo, z którym kiedyś będą musieli się zmierzyć.

Ojcowie cystersi w Mogile

Bracia Pietrek i Szymek deptali glinę. Dziwili się, po co ojcowie cystersi zwożą jej aż tak dużo, ale nie protestowali, dzielnie dociskając lepką masę nogami wraz z czterema innymi braćmi. Wyrobiony materiał odbierali ojcowie Innocenty i Hiacynt, którzy następnie formowali z gliny kostki.

Depczący glinę mężczyźni intensywnie rozmyślali nad działaniami ojców. Chociaż surowa reguła nakazywała im milczenie, głowili się, po co sadzą oni nowe drzewa (jak gdyby mało było tych posadzonych przez Boga), a później tak troskliwie nimi się zajmują.

W końcu Pietrek i Szymek zostali zwolnieni z obowiązku deptania gliny. Ojciec Artemiusz polecił im, by poszli zobaczyć, czy wóz z gliną nie ugrzązł gdzieś w drodze. Niespodzianie usłyszeli głośne krzyki. Nie wołał to jednak nikt z załogi wozu, ale bezradna dziewczyna, której stado owiec zostało rozpędzone przez wilka. Bracia pomogli, nie mówiąc przy tym zbyt wiele, i sprowadzili owce z powrotem. Kiedy wrócili do reszty zakonników, zdali sprawę ojcu Artemiuszowi, po czym wrócili do swej pracy.

Niebawem Mogiła została odwiedzona przez biskupa Iwona Odrowąża, który to sprowadził cystersów w to miejsce. Mnisi zapowiedzieli, że w ciągu dziesięciu lat zbudują przepiękny kościół z cegły (była to nowość na ziemiach polskich), oraz opisali swe dotychczasowe dokonania (m. in. młyn nadrzeczny, niemocnicę dla chorych oraz budynek z celami dla przepisujących księgi).

Zadowolony był Iwo Odrowąż z dokonań cystersów. Przypuszczał nawet, że powstawanie kolejnych zakonów znacznie wzbogaciłoby kraj.

Idą...

Z końcem grudnia zimy stawały się tak mroźne i śnieżne, że nawet zwierzęta chowały się w najgłębsze czeluście swych nor. Gorszym od najmocniejszego północno-wschodniego wiatru nieszczęściem były najazdy mongolskich hord. W XIII stuleciu miał już miejsce 2 takie najazdy - w 1241 r. oraz na przełomie lat 1259/1260. Oba przyniosły ogromne straty i doprowadziły do dezorganizacji państwa. Trzeci raz przekroczyli Mongołowie granice Polski w roku 1287.

Wewnątrz przestronnej sali debatowali zgromadzeni mężczyźni. Tatarska nawałnica była już podobno w okolicach Sandomierza, wkrótce więc można było spodziewać się jej w Sączu. Na rynku już gromadzili się ludzie, którzy z lękiem wyczekiwali najgorszego.

Po chwili do wielkiej sali weszła Kinga, wdowa po księciu Bolesławie, opatka konwentu klarysek sądeckich. Odważnie zachęcała mężów do obrony miasta. Mongołowie nie umieli zdobywać grodów, a kamienny mur, odpowiednio wzmocniony żołnierzami, byłby dla nich niezwyciężoną przeszkodą. Burmistrz i radni zgodzili się z jej słowami, choć wcześniej żaden nie zamierzał walczyć z Mongołami. Doradzili jej też, by wraz z siostrami oraz dziećmi i kobietami udała się w Pieniny, gdzie znajdzie schronienie. Przystała na to, ale pod warunkiem, że mężczyźni będą zaciekle bronić grodu.

W drodze do swego schronienia modliła się Kinga żarliwie za Polaków, których szczególnie umiłowała.

Nie minęło pół tygodnia, gdy pod murami Sącza pojawiła się tatarska chmara. Tym razem przygotowani byli Mongołowie na zdobywanie warownych grodów - mieli bowiem ze sobą wieże oblężnicze i katapulty miotające gliniane pociski. Dzielnie bronili się sądeczanie, a odpowiednio umocnione mury odpierały kolejne najazdy. Każdy kolejny dzień był jednak dla obrońców coraz większym wyzwaniem.

Piątego dnia słońce rozbłysło nad miastem. Oto bowiem zbliżały się oddziały piastowskie i węgierskie, które prędko rozprawiły się z nienawykłymi do oporu Tatarami. Mongołowie uciekli w poszukiwaniu łatwiejszej zdobyczy, a obrońcy świętowali sukces.

W odległym zameczku przylepionym do skały ni to orle gniazdo, wśród zawiei górskiej i tętentu wichru, stara mniszka, trwająca nieprzerwanie na modłach, podnosi naraz głowę z radosną ufnością. Gdzieś z zaświatów schodzi ku niej pewność wysłuchanej, ziszczonej modlitwy. Płacze szczęśliwymi łzami. ] z kornej wdzięczności serdecznej, przyzywa zziębnięte, zestrachane siostry, głodne i przelęknione kobiety, strwożone dzieci, by radowały się i dziękowały Bogu Najwyższemu, że ocalony jest gród, że już Mongoły odeszły i więcej nie wrócą...

Uczta u Wierzynka

Wszystko zaczęło się od tego, że dzieci kupca Szymszela - Surka, Lejbka i Moszko - weszły na stojący na Wiśle galar (statek rzeczny). Zamiast spodziewanych jabłek znalazły na nim śpiącego flisaka. Ten - gwałtownie przebudzony - krzyczał tak głośno, że dzieci skoczyły do wody. A że panowała akurat susza, nie stało się im nic złego, najadły się tylko strachu.

Całej sytuacji przyglądał się Hanko, syn Henzelina Wierzynka ze Skrzynki, w tym czasie posłannik królewski. Rozbawiła go ona tak bardzo, że wrócił do komnaty, zanosząc się śmiechem. Nie uszło to uwagi władcy, który zapytał o przyczynę radości młodzieńca. Gdy ten o wszystkim opowiedział, zmartwił się król. Jego frasunek pogłębiła deklaracja Hanka, iż nie ratowałby żydowskich dzieci. Syn Wierzynka tak rozgniewał tymi słowy zasiadającego na tronie, że został przepędzony z dworu.

Wrócił więc Hanko do domu, ale ani on, ani ojciec nie rozumieli przyczyn królewskiego gniewu. W tym czasie przebywał akurat u nich Mikołaj Wierzynek, dziad stryjeczny, stolnik sandomierski. Łatwo mógłby on wyprosić łaskę dla młodzieńca, lecz z powodu nawału roboty nie miał na to czasu. Gościł przecież pięciu królów, a i książąt zjechało się niemało.

Kraków tętnił życiem. Na wieść o spotkaniu przybyli do niego najznamienitsi kupcy, aktorzy, kuglarze i tancerze. Nie potrafił jednak Hanko znaleźć radości. Wciąż dręczył go królewski gniew. Przyglądał się więc przygotowaniom, mając nadzieję, że w czasie uczty zorganizowanej przez stryja łatwiej będzie mógł wybłagać dla siebie wybaczenie.

W czasie wystawnej, wspaniałej uczty, zagraniczni królowie i książęta z podziwem wypowiadali się o państwie Kazimierza Wielkiego. Wszędzie mówiono przecież, że w Polsce ciągła wojna i ciągłe niepokoje, a tymczasem król i jego poddani zupełnie inne dawali świadectwo.

Kiedy Mikołaj Wierzynek ofiarował gościom talerze i naczynia, z których jedli, jeszcze bardziej dziwili się goście polskim bogactwom. Przystąpił więc władca do wyjaśniania. Kazimierz Wielki unikał wojen, a każdego poddanego chciał otoczyć opieką. Uważał bowiem, że w każdym jest tyle samo człowieczeństwa. Słowa jego pojęli tylko Piotr z Luzyniarów i Hanko. Młodzieniec wyskoczył zza zasłony i poprosił o wybaczenie. Król, który tęsknił za nim, przebaczył mu jego winę i kazał rozlewać gościom wino.

Hołd pruski

Chociaż trwał już Wielki Tydzień, krakowskie ulice wypełnione były rozentuzjazmowanymi przechodniami. Wszyscy zmierzali na rynek, aby na własne oczy przyjrzeć się królowi Zygmuntowi Staremu, królowej Bonie i małemu królewiczowi, którzy zasiadali na podwyższeniu stojącym naprzeciwko wylotu ulicy Gołębiej.

Trzymając się zimnej rynny, wydarzeniu przyglądali się Maćko i Staśko. Ich uwaga koncentrowała się na młodym następcy tronu oraz siedzącym u stóp króla błaźnie.

W końcu na ulicy Grodzkiej ukazał się upragniony widok. Na czele wspaniałego i barwnego orszaku jechał Albrecht Hohenzollern w towarzystwie brata i bliskiego krewnego. Ostatni mistrz zakonu krzyżackiego jechał właśnie złożyć polskiemu władcy hołd i przysięgę wierności.

Wyczekując znamienitego gościa, rozmawiał król Zygmunt ze Stańczykiem. Błazen doceniał wielkość chwili, ale przeczuwał, że małe zrodzi ona owoce. Mówiąc do króla, podkreślał, że jadowite gady również zmieniają skórę (dawne państwo zakonne stało się państwem świeckim), a kąsają równie niebezpiecznie.

Strażnicy morza

Wśród natężonej uwagi członków załogi „Wodnika” kierował Szymon Jancz wyciąganiem z wody sieci. Szło to wyjątkowo opornie, więc część mężczyzn spodziewała się, że ich oczom ukażą się kamienie lub szczątki zatopionych okrętów, jak to wiele razy przecież bywało.

Połów okazał się nad wyraz obfity. Marynarze segregowali ryby, mniejsze wypuszczając z powrotem do morza. Spodziewający się sztormu kapitan popędzał pracujących mężczyzn. Dawno nie udało się pochwycić tak wielkiej zdobyczy, a to niewątpliwie zapowiadało coś niezwykłego.

No i stało się. Otchłań zakipiała gniewem, a fale zaczęły smagać burty. Nie na darmo jednak polskie okręty cieszyły się sławą w całej Europie. Kapitan i Marcin Prus, stary kaper, wyprowadzili statek z trudnego położenia. Wiatr potargał jedynie żagiel.

Nagle oczom żeglarzy ukazał się ląd. Początkowo myślano, że to Gdańsk. Szybko okazało się jednak, że okrutna wichura zapędziła ich pod sam Sztokholm. Najpierw z podziwem przyglądali się portowi, w pobliżu którego stało ze sto galeonów. Wielka i imponująca była szwedzka flota. Mimo to skandynawskie okręty nie mogły równać się z polskimi. Marynarze zauważyli jeden uszkodzony przez wichurę, który prędko zrabowali (nazywał się „Salomon”). Pobiwszy załogę, postanowili zabrać go ze sobą do Gdańska.

Z żalem myślał Marcin Prus o królu Zygmuncie Auguście, który bez większych efektów pragnął wzmocnić polską flotę. Władca rezydował daleko, niełatwym zadaniem było więc dla niego zorganizowanie czegoś wielkiego. Miał jednak na wybrzeżu swych strażników - prawdziwych ludzi morza, którzy trudnili się przeróżnymi zajęciami. Tym razem zdobyli przepiękną nasadzaną klejnotami buławę, którą postanowili mu ofiarować.

Sąsiedzki dar

Pan Rej siedział sam w pokoju, nasłuchując czajek. W krzykach wyczuwał lęk i lament, a podejrzenia te potwierdziły się, gdy wyjrzał przez okno. Oto bowiem grupka chłopców podbierała ptakom jajka. Nie mógł jednak Rej nic uczynić, gdyż scena rozgrywała się na łące należącej do jego sąsiada, pana Szafrańca.

Rzadko spędzał Rej czas samotnie. Zazwyczaj otaczali go rozmówcy, którzy cenili jego poczucie humoru i mądrość. I tym razem nie było mu dane na długo zatopić się w świecie myśli, ponieważ po chwili odwiedził go właśnie pan Szafraniec. Mężczyzna pogratulował sąsiadowi wyróżnienia od samego władcy (za twórczość poetycką). Sam również pisał, ale jego dzieła nie cieszyły się wielkim uznaniem.

Twórcy rozpoczęli rozmowę o łacinie. Szafraniec nieco przewrotnie zasugerował, że Rej pisze po polsku, gdyż nie zna tego języka. Szlachcic przyznał, że zawsze uciekał ze szkół, ale z łaciną jest zaznajomiony i dużo czyta w tym języku.

W czasie rozmowy Rej zwrócił uwagę Szafrańca na pachołków zbierających jajka czajek. Sąsiad podarował więc pisarzowi ową łąkę, na której rozgrywały się te sceny (liczył przy tym na zadośćuczynienie). Niewiele myśląc, przepędził Rej chłopaków, a czajkom rzekł, że teraz będzie sprawiedliwie.

Jeszcze przez chwilę obaj bohaterowie wspólnie spacerowali. Rej podzielił się z Szafrańcem refleksją na temat literatury. Polacy nie potrzebowali zawiłych konstrukcji łacińskich ani alegorii - dla nich trzeba było pisać z serca.

Pod lipą

Dwór czarnoleski był obszerny, choć nieco już niski. Upływ czasu sprawił bowiem, że ściany zapadły się w ziemię. Centralnym punktem podwórka była lipa, piękne, okazałe drzewo, któremu nieśmiertelność zapewniło ludzkie pióro.

Pod drzewem znajdował się stół, przy którym Jan Kochanowski grywał w szachy z podsędkiem Łąckim, sąsiadem. Tego dnia mężczyzna spóźniał się na rozgrywkę, toteż poeta, siedząc przy dzbanie piwa, opracowywał rymy wychwalające jego właściwości. Kiedy podsędek dołączył do niego, obaj jeszcze przez chwilę zachwalali przewagę dzbanka glinianego nad innymi.

Podsędek opowiedział, jak to kiedyś w rzece znaleziono gliniane dzbanki. Bakałarz twierdził, że wyrosły one w ziemi. Kochanowski polecił sąsiadowi, by nie wierzył w te słowa. Przodkowie Polaków chowali bliskich w urnach glinianych i dlatego znajdowano je w ziemi. Opowiedział jeszcze Kochanowski o pewnym kościele w Italii, w którym trzymano puste naczynia, aby poprawić akustykę.

Podsędek dziwił się sąsiadowi. Przecież odwiedził on tak wiele miejsc, tak wiele wiedział o świecie - musiało mu być nudno w Czarnolesie. Kochanowski zupełnie tak nie uważał, każdego dnia prosił Boga, by w swoim gnieździe mógł dożyć ostatniego dnia.

Kochanowski wygrał partię, a Łącki szybko odszedł do gospodarstwa, gdyż miała ocielić mu się krowa. Do ojca podeszła Orszulka, która zwróciła uwagę na gliniany dzban. Wykonał go stary Rogala. Dziewczynka zapytała, czy mężczyzna umiałby ozdobić jej kubek kotkiem (dzban ozdobiony był kwiatami). Ojciec odpowiedział: Stary Rogala, jak maluje dzban, nie patrzy na kwiaty w ogrodzie, tylko na to, co robili jego dziad i pradziad. Oni kotka nie malowali, więc i on nie umie. W myślach dodał zaś: Wieki ustaliły wzór, który stary Rogala i inni podobni powtarzają i powtarzać będą, póki ten świat istnieje, chociażby ziemia przestała rodzić kwiaty... Malują nie to, co oczami widzą, ale co wrosło w ich pojęcie... Nie dziwneż to?

Prawo książęce

Gospodarz Macura z Puszczy Podborskiej wszedł na cieszyński rynek. Nienawykły do tłoku mężczyzna stawiał niepewne kroki. Była sobota, dzień targowy.

Przechodnia zatrzymał imć Kotula, zdun. Gospodarz zmierzał do zamku, by stanąć przed księżną i prosić o zezwolenie na ubicie dzika, który wyrządzał straszliwe szkody w jego plonach. Postanowił jednak wejść na jednego do rzemieślnika. Kiedy pili piwo w towarzystwie dwóch innych majstrów, spostrzegli wyjeżdżający z miasta orszak księżnej. Chłop nie odważył się jej zatrzymać, toteż stracił cały dzień.

Nocą rodzina Macury nie mogła spać spokojnie. Oto bowiem dzik cały czas szarżował po polu, uderzając także w ściany ich chatki. Nie zniósł tego gospodarz. Następnego dnia wykopana została jama, do której zwierzę udało się zwabić. Uśmiercenie potężnej bestii nie było jednak łatwe. Odłożono je więc na następny dzień, kiedy dzik nieco już osłabnie.

Na nieszczęście Macury zorganizowane zostały łowy, a psy prędko zlokalizowały jamę. Próby zasypania dołu nie przyniosły żadnego skutku. Łowczy zabił dzika, a następnie zabrał ze sobą gospodarza, który złamał prawo.

Księżna Katarzyna Sydonia z wielkim respektem traktowała wszelkie przepisy, bezlitośnie karząc ludzi dopuszczających się ich łamania. Stanęła przed nią gaździna Macurowa, ale niewiele wskórała. Władczyni postanowiła uśmiercić chłopa.

Kiedy księżna przyglądała się swej ukochanej puszczy, jakiś głos szepnął jej do ucha, że powinna zmienić prawo. Ciężko pracujący kmiecie nie mogli przecież bronić się przed groźnymi zwierzętami. Długo stawiała mu władczyni opór, ale w końcu skapitulowała. Nakazała odwołać egzekucję, a później zastanawiała się, w jaki sposób ogłosi ludowi nowy przywilej, który anuluje wyłączne prawo książąt do polowania w borze.

Proroczyna boży

Kaznodzieja królewski mieszkał w prostej, pozbawionej zbytków izdebce. Akurat gościł on u siebie miecznika Wolskiego i starostę wieluńskiego. Obaj mężczyźni nalegali, aby duchowny pojechał z nimi na Ujazdów, aby obejrzeć turniej rycerski. On wcale nie miał takiego zamiaru, wolał poświęcić się pracy.

Szlachetni goście nie rozumieli, dlaczego Piotr Skarga pisze po polsku. Dla nich używanie łaciny umożliwiało odróżnienie gminu od ludzi szlachetnych, dobrze urodzonych. Gdy kaznodzieja zaprzeczył ich słowom, zaznaczając, że w jego oczach wszyscy ludzie są równi, obaj rozgniewali się i wyszli.

Z ulgą powrócił duchowny do pisania zbioru kazań i zalecił Jakubowi, nowicjuszowi, aby dopilnował spokoju. Po chwili rozległo się pukanie, ale nikt nie wszedł do izdebki. Z księdzem rozmawiać chciała wdowa Mękarzowa, ale Jakub, jak mu przykazano, odprawił ją z niczym.

Rozgniewał się nieco Skarga na nowicjusza za takie potraktowanie ubogiej. Postanowił sam popędzić za nią i dowiedzieć się, czego chciała. Spotkał ją na placu i szybko ustalił, że martwiło ją postępowanie Gonzagi Myszkowskiego, wielkiego marszałka koronnego. Otóż wymyślił on sobie, że zburzy chatkę wdowy, a na jej miejscu wyszykuje sobie wspaniały plac. Obiecał Skarga wstawić się za kobietą, a uczynił to tym chętniej, że doskonale znał skąpstwo i chciwość jegomościa.

Wsiadł więc duchowny do kolaski i udał się w podróż. Jadąc, rozmyślał nad krajem, w którym skąpstwo i zachłanność dobrze urodzonych doprowadzały do ubóstwa i biedy chłopstwa. Trudno było mu rozważać te sprawy, bo spodziewał się, że takie postępowanie przyniesie złe owoce. Rzekł sam do siebie: I cóż mam z tobą czynić, nieszczęśliwe królestwo!?

W pracowni Rembrandta

Zwarte szeregi lisowczyków (najemnej polskiej jazdy) stały na rynku w Noyonie. Przed żołnierzy wysunął się pułkownik Paweł Noskowski, którego męczyło długie oczekiwanie. Paryż drżał przed nimi ze strachu, ale nie mogli posunąć się w jego stronę. Nikt nie mógł bowiem przeniknąć intryg genialnego Richelieu.

Ciszę przerwały odgłosy towarzyszące wkraczającej do miasta armii cesarskiej. Obciążeni łupami żołnierze szli powoli, starannie doglądając swych dóbr. Scenie tej przyglądał się Noskowski z niesmakiem, gdyż w jego oddziałach kradzieże były surowo zakazane. Z rozmyślań wyrwał go cudzoziemiec o charakterystycznym wyglądzie (pilśniowy kapelusz, zaczesane ku górze wąsy). Podszedł on do dowódcy i zapytał, czy naprawdę dane mu jest stać przed polskimi oddziałami, o których tak wiele dobrego słyszał. Następnie przedstawił się jako Rembrandt van Rijn z Amsterdamu.

Malarz poprosił, by żołnierze stali na chwilę w spokoju, ponieważ chciał naszkicować ich sylwetki. Nie dokończył jednak pracy, gdyż powróciły podjazdy. Wiedząc, że oddział wkrótce się oddali, zwrócił się do Noskowskiego, by jego szwadron zatrzymał się kiedyś w Amsterdamie, wtedy będzie mógł dokończyć dzieła.

Minęły cztery tygodnie. Lisowczycy rzeczywiście udali się do Amsterdamu, gdzie wskazano im dom Rembrandta. Artysta wielce ucieszył się, widząc wyczekiwanych gości. Przygotował godziwy poczęstunek, a następnie przystąpił do malowania. Nanosząc barwy na płótno, słuchał opowieści żołnierzy, którzy zwiedzili niemalże cały świat. Byli oni na północy, gdzie ludzie chodzili zaszyci w skóry, byli na południu, gdzie słońce grzało z wielką mocą.

Rotmistrz Gromadzki od początku nie do końca wierzył w talent Rembrandta. Widział kiedyś malarza przy pracy i na pewno nie machał on pędzlem tak szybko i energicznie, wiele myśląc nad każdym posunięciem. Amsterdamczyk czynił wszystko swobodnie, jak gdyby nie przykładając do tego większej uwagi.

Lisowczycy kontynuowali opowieść. Po świecie wędrowali nie dla sławy i pieniędzy, gdyż i tego, i tego dość mieli. Przed siebie gnała ich żądza przygód. Mieli jednak pewność, że to właśnie na nich skończy się historia lisowczyków. Zastanawiali się, co po nich zostanie.

Gdy Rembrandt pokazał żołnierzom obraz, oniemieli z zachwytu. Na płótnie uwiecznił on postać siedzącego na koniu Noskowskiego („Jeździec polski”), co wywołało na widzach ogromne wrażenie. Wiedzieli już, że mają do czynienia z niepoślednim artystą. Z wielką chęcią przyjęli więc zaproszenie do obejrzenia pozostałych dzieł.

Wesele w Jaworowie

Podstarości jaworowski był twardym człowiekiem, toteż wszyscy dziwili się, gdy Maryjka, sierota pracująca na dworze, oznajmiła, że będzie prosić go o ślubne wiano. Zgodnie z prawem należały się jej roczna cieliczka i miarka mąki, ale każdy wątpił w to, iż podstarości da jej cokolwiek.

Jaśko Ryczan, kowal, narzeczony Maryjki, mówił jej, że miłą jest mu bez wiana, odradzając przy tym wizytę u podstarościego. Ale dziewczyna uparła się na rozmowę z zarządcą, gdyż tak bardzo chciała wnieść w małżeństwo coś swojego.

Starostę spotkała Maryjka na ganku. Ledwie przedłożyła mu swą sprawę, a już omal nie zalała się łzami. Surowy mężczyzna nie tylko odmówił jej czegokolwiek, ale jeszcze zagroził cofnięciem pozwolenia na wesele. Odeszła więc dziewczyna i rozpłakała się przy spichrzu.

Z płaczu wyrwał Maryjkę zbliżający się goniec. Oznajmił on rychłe przybycie króla, który chętnie pojawiał się w Jaworowie, by oddawać się polowaniu na wodne ptactwo. Minęło kilka chwil, a orszak władcy pojawił się w grodzie. Zdenerwowany podstarości wydawał chaotyczne rozkazy, martwiąc się o to, że pozwolił synowi polować na czaple (król nie lubił, gdy ktoś płoszył ptactwo).

Gdy władca zmierzał nad jezioro, spotkał płaczącą Maryjkę. Dowiedziawszy się o przyczynie jej smutku, powiedział, ze sam zajmie się wystawieniem jej wesela. Później poszedł nad jezioro.

Wesele Maryjki i Jaśka Ryczana długo jeszcze wspominano. Bawił się przecież na nim sam król Sobieski, bohater całej Europy, ulubieniec ludu. Rozochocony tańczył nawet i układał przyśpiewki. A kiedy miał już odejść, ludzie długo patrzyli na niego z bezgranicznym uwielbieniem.

Zemsta błazna

Markiz de la Verniere próbował przekonać krewniaczkę, że jej syn nie zrobi wielkiej kariery w Wersalu. Zdaniem arystokraty jedyną szansą dla rodu i samego młodzieńca było wysłanie go do Polski.

Gaston de St. Luc, bo o nim rozmawiali bohaterowie, był jedynym synem i dziedzicem kamiennego zamku, do którego jego ojciec wygnany został z Wersalu przez Króla Słońce. Nadzieją na lepszą przyszłość, która odmalowywał przed młodzieńcem wuj, miał okazać się wyjazd u boku francuskiego ambasadora do Polski.

Nie należał Gaston do najsprytniejszych i najmądrzejszych młodzieńców, lecz nie można było odmówić mu niezwykłej urody. Wuj zalecał mu, aby trzymał się blisko królowej Marii Kazimiery i spełniał wszelkiej jej rozkazy. Przestrzegł go również przed nawiązywaniem romansów z damami dworu.

Przebywał już de St. Luc w Polsce od kilku miesięcy. Prędko zyskał sympatię królowej i zaczął czuć się coraz pewniej. Ciężko było mu jednak znieść zimę. I to właśnie w tej porze roku zadarł z panem Winnickim, ulubionym trefnisiem (błaznem) króla. Cała sytuacja rozegrała się na wąskiej ścieżce wyrytej w śniegu. Drogi obu mężczyzn przecięły się mniej więcej na środku dróżki. Gaston nie tylko nie ustąpił błaznowi (a był przecież młodszy), ale i wypowiedział kilka lekkomyślnych wyzwisk pod jego adresem. O wszystkim chwilę później dowiedział się król Sobieski, ale ze względu na mocną pozycję de St. Luca na dworze Marii Kazimiery nie mógł nic uczynić.

Winnicki pragnął wyzwać Francuza na pojedynek, lecz władca oznajmił mu, że to niemożliwe. Błazen postanowił więc opuścić dwór. Od tej decyzji odwiódł go jednak smutek króla. Zamiast tego stwierdził, że zostanie jeszcze przez dwa tygodnie, a jeśli w tym czasie de St. Luc nie wyjeździe, wtedy on zrobi to nieodwołalnie.

W pierwszym tygodniu ogłosił Winnicki, że jest chory. Nie chciał jednak przyjąć żadnego medyka. Gdy nie pojawił się na dworze także i w drugim tygodniu, zaczęto coś podejrzewać. Najbardziej jego brak odczuł król, który stał się nieznośny (dokuczała mu choroba).

Nie mogąc znieść wahań nastroju władcy, posłała królowa po błazna. Jako ochotnik wybrał się do niego właśnie Gaston St. Luc. Gdy wszedł do jego domu, zobaczył, jak Winnicki siedzi na stercie kołder. Błazen szybko wyjaśnił, że sprzykrzyła mu się niechęć okazywana przez jaśnie panią, dlatego postanowił sprawić jej radość i wysiedzieć kurze jajka. Słyszał przecież, jak narzekała kiedyś, że zimą nie można zjeść w Polsce nawet świeżego kurczaka. A skoro królowa domagała się, by przyszedł na obiad, ktoś musiał zastąpić go w wykonywaniu tego dość zabawnego obowiązku. Cóż innego miał zrobić Gaston, który wziął sobie do serca nauki wuja?

Winnicki pojawił się na uczcie, tłumacząc swą wcześniejszą nieobecność chorobą. By nieco rozluźnić atmosferę, poprosił dworzan o odwiedzenie jego kwatery po obiedzie. Chciał bowiem pokazać im wzór dworzanina.

Jakże zdziwił się de St. Luc, kiedy obudziły go głośne śmiechy zebranych. Młodzieniec tak bardzo najadł się wstydu, że jeszcze tego samego dnia opuścił Wilanów.

Jak pan Kulesza kościół odbudował

Ilekroć pan Jacek Kulesza przejeżdżał obok kościoła, odwracał wzrok, by nie widzieć, w jak wielką ruinę popadał przybytek, którego miał być opiekunem. Mury stały co prawda jak dawniej, ale dach i wrota wyraźnie wymagały naprawy. Zawsze jednak unikał tej konieczności, znajdując jakąś wymówkę.

Dopiero wiadomość o tym, że woda dostała się do znajdujących się w podziemiu grobów, skłoniła Kuleszę do działania. Zbyt późno było jednak na drobne naprawy. Teraz trzeba było wymienić dach i wstawić nowe cegły. Niechętnie myślał o tym Kulesza, gdyż obawiał się o swój majątek.

Gdy tak rozmyślał nad remontem, w dworze pojawił się starosta. Mężczyzna przywiózł zaproszenie do wojewody, który wystawiał ucztę. Chociaż nie myślał, że ruszy się gdziekolwiek, postanowił przyjąć zaproszenie.

W czasie uczty towarzystwo bardzo się rozochociło. Doszło nawet do sprzeczki między panem Nowińskim a pewnym posesjonatem, który uznał Nowińskiego za niegodnego swego towarzystwa. Sprawę rozsądził wojewoda, stwierdziwszy, że rzeczywiście Nowiński majątkiem nie mógł równać się z posesjonatem. Nie spodobało się to obrażonemu oraz panu Kuleszy. Obaj wyszli z uczty.

Kulesza postanowił udać się do domu bez jakiejkolwiek eskorty. Swe towarzystwo zaoferował mu Nowiński (była zima i wilcze watahy przemierzały okolicę), ale szlachcic nie przystał na to, obawiając się, żeby nie kojarzono go z chudopachołkiem.

Kulesza, gdy wjechał w ciemny las, od razu stracił rezon. Kiedy zaś do jego uszu doszły odgłosy wilków, zaczął modlić się do Najświętszej Panienki. Niechybnie nie uszedłby z życiem, ale złożył obietnicę odbudowania kościoła. Wtedy jego oczom ukazała się sosna, na którą wspiął się z końskiego grzbietu, a zwierzę, straciwszy ciężar, popędziło ze zdwojoną szybkością, odciągając wilki od szlachcica.

Siedząc na drzewie, rozmyślał Kulesza, ile przyjdzie mu zapłacić za remont.

Sas i Las

Uczta trwała w najlepsze, a kielichy i dzbany, dzięki uwijającej się służbie, nieustannie trafiały w ręce bawiących się. Tylko miecznik Koryzna pił z trzewika Kachny, swej narzeczonej. Wielki i niezbyt już młody był to mężczyzna, który miał za sobą już 3 małżeństwa. I najpewniej Kachna wcale nie chciała brać z nim ślubu, lecz tak zostało ustalone.

Gwar nie ustawał. Wielu biesiadników chciało przemawiać, lecz szybko zapominali języka w gębie. Jedynie trzech młodzieńców, synów domu, stało, nie tykając alkoholu. Ich zadaniem było nasłuchiwanie tego, co mówią. Kiedy biesiada dobiegnie końca, ojciec odpyta ich z tego, co się dowiedzieli.

Wśród gości byli m. in. członkowie gwardii królewskiej, którzy opowiedzieli, jak to w czasie jednego polowania król, żałując że jelenie, dziki, wilki i niedźwiedzie nie latają, nakazał zbudować podest, aby móc pędzić po nim zwierzęta i strzelać do nich jak do ptaków.

Opowieść Sasów przerwała wiadomość o zbliżającym się nieprzyjacielu. Stronnicy króla prędko opuścili dwór i czmychnęli z wioski. Ich miejsce zajęli Leszczyniacy, stronnicy Stanisława Leszczyńskiego.

Pan Bogusz, starosta poznański, nie był niczyim stronnikiem, toteż przyjął żołnierzy, wśród których znalazł się sam Leszczyński. Ucieszył się nawet z obecności tak zacnego męża na zrękowinach Kachny, swej córki, ale nie wiedział, jak tytułować przybysza.

Leszczyński przywołał do siebie Kachnę i podarował jej jeden ze swych pierścieni. Następnie rozpoczął rozmowę z Boguszem. Zdziwiony był faktem, że tak wpływowy człowiek trzyma się z dala od polityki od sejmów. Starosta tłumaczył, iż sejmy i tak nie przynoszą żadnych efektów, a szlachcie ta wojenka o Warszawę jest nawet na korzyść - dzięki temu może koncentrować się na swych dworach i majątkach.

Rozmowę przerwał sługa króla, który oznajmił, że wierzchowce gotowe są do dalszej podróży. Niewiele myśląc, opuścił Leszczyński starostę. W drodze ze smutkiem rozmyślał nad tragiczną sytuacją Rzeczpospolitej. Nikt bowiem nie chciał kraju ratować ani reformować, a każdy myślał wyłącznie o swoim.

Przy święconym

Miecznik od wielu lat procesował się o sporny kawałek gruntu z panem Gorzeniem. W przeszłości obaj mężczyźni byli przyjaciółmi, a poróżniło ich właśnie owo nieszczęsne pole, na które miecznik nie mógł spoglądać bez żalu.

W Wielką Niedzielę w domu miecznika przyjmowano gości na świąteczny obiad. W trakcie posiłku - spożywanego przez wyposzczonych domowników w wielkim skupieniu - opowiedziana została historia o tym, jak to Gorzeniowi złamała się kolaska. Miecznik nie skończył jeszcze pomstować na sąsiada, gdy ktoś z biesiadujących dostrzegł Gorzenia za oknem.

Prędko doskoczył miecznik do sąsiada, prędko rozbłysły ich obnażone zęby. I już obaj chcieli się na siebie rzucić, gdy w pobliżu rozległ się dzwon.

Drogą szła procesja ze wsi, która pragnęła podzielić się jajkiem i radosną nowiną z mieszkańcami dworu. Usłyszawszy słowa o zmartwychwstaniu Chrystusa, obaj rywale schowali szable i zaczęli rozmowę. Obustronne przeprosiny sprawiły, że już po chwili Gorzeń był gościem miecznika.

Do światła

Podróżna kolaska ojca Cypriana Komorowskiego, którą podróżował on wraz ojcami Ignacym i Stanisławem Konarskimi, przedzierała się przez zaśnieżone Alpy. Warunki nie były łatwe, gdyż biała masa zalegała w górach wyjątkowo długo. Właściciel kolaski i Ignacy Konarski obawiali się lawin oraz innych niebezpieczeństw. Ojciec Stanisław natomiast zupełnie nie zwracał uwagi na to, co dzieje się za oknem; zbyt pogrążony był w swoich myślach.

Z żalem rozważał ojciec Stanisław losy ojczyzny i jej mieszkańców. Podróżując za młodu, zbytnio napatrzył się na obce kraje. Wiedział, że ludzie żyją tam w porządku i zgodzie. Tym bardziej nie mógł więc znieść tego, co działo się w Rzeczpospolitej, która „ozdobiona” była albo bogatymi posiadłościami, albo zaniedbanymi i brudnymi wioskami.

Gdy podróżujący zatrzymali się w pewnej karczmie, uwagę ojca Stanisława zwróciło postawione w pobliżu Kolegium. Konarski miłował się w szkołach, pragnął wiedzieć o nich wszystko, zgłębić tajniki ich organizacji.

Prefekt zezwolił Konarskiemu na obejrzenie lekcji. Ojciec szybko odgadł, w jaki sposób funkcjonuje klasa. Ostatnie ławki zajmowali uczniowie najubożsi, którzy do czesnego dopłacali pracami fizycznymi oraz biciem kolegów rózgami. Prawą stronę sali zajmowali ci najlepsi, lewą nieco gorsi. Wszyscy patrzyli na siebie z niechęcią, czekając tylko na potknięcia rywali. Obraz ten prędko przeniósł Konarskiego do piotrkowskiego kolegium, szkoły, w której pobierał nauki.

Pomyślał Konarski, że tak dalej być nie może. Tylko najwybitniejsze i najdzielniejsze umysły mogły przetrwać taką szkołę, reszta zapadała w letarg. Przycisnął więc duchowny do piersi projekt reformy szkolnictwa, licząc na to, że otrzyma zgodę na jej wprowadzenie. Po to właśnie zmierzał do Rzymu, do samego papieża.

Wizyta Konarskiego u głowy Kościoła poprzedzona została niepochlebną opinią wydaną przez Walentego Kamińskiego, prowincjała o ciasnym umyśle. Określił on ojca Stanisława mianem przewrotowca, zarzucał mu nawet herezję.

Chociaż doradcy byli temu przeciwni, przyjął Benedykt XIV ojca Konarskiego. Wysłuchawszy jego płomiennej przemowy o konieczności zmian w szkole, postanowił udzielić mu wstępnej zgody na takie działanie. Ostrzegł go jednak, że nie będzie to łatwe zadanie, a wielu ludzi sprzeciwi się zamysłowi Konarskiego. Polak czuł się jednak dumny. Patrzył w przyszłość z ogromną nadzieją.

Na łowach

Radziwiłłowski tabor myśliwski rozłożony został na skraju Puszczy Nalibockiej. Obowiązki kwatermistrza pełnił tego dnia pan Sołłohub, zapalony myśliwy, który wcale nie cieszył się z tego faktu. Słuchając pieśni trąbek i odgłosów strzałów, wyobrażał sobie, co dzieje się w lesie, niemalże płonąc ze złości.

W końcu Sołłohub nie wytrzymał. Wziął strzelbę na plecy i opuścił obóz, przykazawszy jeszcze podwładnym, by wszystkiego dopilnowali. Nagle mężczyzna usłyszał głośny krzyk. Niewiele myśląc, wbiegł więc na polankę, na której pan Wołodkowicz mierzył się z ogromnym niedźwiedziem. Wołodkowicz niechybnie zginąłby, gdyby nie pomoc towarzysza, który celnym strzałem rozerwał głowę bestii.

Drapieżnik wyrządził polującym ogromne szkody. Rozszarpał aż dziewięć psów, a ukochana przez księcia Nepta tylko cudem uniknęła śmierci. Myśliwi zastanawiali się, co dzieje się z księciem, który wyruszył w pogoń za łosiem.

Tymczasem Karol Radziwiłł, wojewoda wileński, wściekał się na Rejtana, którego oskarżał o wybicie wszystkich niedźwiedzi. Przez to on - Radziwiłł - musiał uganiać się za łosiem niczym pastuch. Rozżalony szlachcic opowiedział towarzyszowi łowów o tresującej niedźwiedzie akademii smorgońskiej.

Niedźwiedzie Radziwiłła były, według samego księcia, niezwykle dobrze wyszkolone. Jeden z nich miał nawet przyjemność rozmawiać z markizem de Roseraie, i to po francusku!

Pogrążona w rozmowie drużyna zorientowała się po chwili, że najprawdopodobniej straciła z oczu nie tylko łosia, ale i właściwą drogę. Z oddali słychać było trąby, jednak pan Radziwiłł (zwany także „Panie Kochanku”) uznał, że nie jest to głos trąb Sołłohuba. Jego zdaniem odezwały się trąby, w które kiedyś dęli jego żołnierze (ze względu na mróz nie udało się wydobyć z nich dźwięku. Radziwiłł stwierdził więc, że odezwały się dopiero teraz). Gdy ktoś oznajmił, że jest to wbrew prawom fizyki, Radziwiłł rzekł, iż na jego gruncie prawa fizyki nie obowiązują.

W końcu bohaterom udało się dotrzeć do obozu. Radziwiłł był pod wrażeniem ubitego niedźwiedzia. Widok bestii skłonił go do przytoczenia opowieści o lisie, którego ogon mierzył około 3 mil. Kasztelan Niesiołowski podjął zasugerował księciu, by ten nie rozpowiadał takich historii, gdyż wielu ludzi mówiło o nim, że jest łgarzem. Tym razem Radziwiłł posłuchał towarzysza.

Imieniny w Luneville

W Nancy trwały przygotowania do uroczystości uświetniającej imieniny króla Stanisława. Szlachetnie urodzony mężczyzna przybył do Francji z Polski, gdzie doświadczył wielu przykrych wydarzeń. Jego poddani mieli nadzieję, że teraz niczego mu nie zabraknie.

W mieście panowało ogólne zadowolenie. Nancy przeszło sporą metamorfozę od momentu, w którym pojawił się w nim król Stanisław. Dzięki niemu stało się miejscem czystym, bezpiecznym i bliskim sercu mieszkańców. W tłumie usłyszeć można było głosy oburzenia spowodowane wypędzeniem Leszczyńskiego z Polski.

Władca sam przyglądał się przygotowaniom, lecz nie nalegał, aby ktokolwiek odkrywał przed nim niespodzianki. Przechadzając się po okolicy, dostrzegł kontusz, który miał na sobie w 1733 w kościele Świętego Krzyża. Wtedy to, po śmierci Augusta II, zdrajcy i rozpustnika, Leszczyński, przedostawszy się do Polski podstępem, okrzyknięty został królem. Jego panowanie nie było jednak na rękę stronie rosyjskiej, toteż szybko musiał opuścić Warszawę.

Do Luneville chętnie przyjeżdżano. Król Stanisław gościł tam najwybitniejszych ludzi epoki. m. in. Monteskiusza, Helwecjusza i Woltera. Religijny władca nie przepadał za tym ostatnim, choć potrafił docenić bystrość jego umysłu.

Wkrótce spacerujący król został powiadomiony, że czekają na niego delegacje z kilku miast. Rozmyślający o Polsce mężczyzna szczególnie zaciekawiony był polskim pijarem, o którego przybyciu także go poinformowano.

Przyjęcie udało się wspaniale. Dla Leszczyńskiego nie był to jednak czas radosny. Ojciec Konarski - przybysz z Polski - przekazywał mu bowiem kolejne smutne wieści znad Wisły. Leniwy i rozrzutny król nie potrafił zjednoczyć kraju, wojsko było w rozkładzie, ekonomia w ruinie. I chociaż część społeczeństwa przebudziła się z letargu, zdawało się, że zbyt późno już na zmiany. Ale Leszczyński nie zamierzał się poddawać. Oznajmił Konarskiemu, iż będzie kształcił w Luneville polską młodzież, otworzy również drukarnię, która wydawać będzie patriotyczne pisma. Żałował tylko, że nie ma kilku regimentów mogących obronić ojczyznę przed zagładą.

Nad kanałem

Hetman Michał Kaźmierz Ogiński nakazał przekopać kanał łączący Prypeć z Niemnem. Setki ludzi pracowały w pocie czoła, dziwiąc się powierzonemu im zadaniu. I chociaż o morzu nie wiedzieli prawie nic (stary Hawryło mówił, że woda do morza popłynie), nie śmieli ani pytać, ani się sprzeciwiać.

Rozkaz Ogińskiego zbiegł się w czasie ze staraniami podskarbiego Tyzenhausa, który zamierzał podreperować litewską gospodarkę, otwierając w miastach fabryki.

W końcu przyszedł dzień otwarcia kanału. Wpuszczoną do niego wodę upstrzyły różnego rodzaju łódki. Na jednej z nich siedział sam hetman, który rozmyślał, czy dobrze uczynił i czy kanał będzie służył ludziom przez lata.

Obiad czwartkowy

W pałacu dobijała dwunasta. Zasiadający wokół stołu oczekiwali już tylko na króla. Wśród gości byli m. in. biskup warmiński Ignacy Krasicki (teraz przybysz z obcego kraju, gdyż Warmia przestała być częścią Polski), biskup smoleński Adam Naruszewicz, Karpiński, Trembecki, Węgierski i Zabłocki. Jednak nie tylko ludzie pióra złożyli władcy wizytę. Obok siedzieli bowiem Bacciarelli i Vogel (malarze) oraz Joachim Chreptowicz, podksarbi.

W końcu pojawił się władca. Pierwsze słowa skierował do Karpińskiego, pytając, czy udało mu się napisać coś równie udanego jak „Tęskność na wiosnę”. Poeta onieśmielił się, tym bardziej że władca wspomniał jeszcze o wierszu „Powrót na wieś”. W sukurs przyszedł mu Krasicki, który wziął ciężar rozmowy na siebie.

Następnie poruszony temat malarzy. Król radował się, że jest ich w Polsce coraz więcej, choć smuciło go nikłe uznanie dla tej gałęzi sztuki. Poniatowski stwierdził również - w żartobliwym tonie - że twórczość Krasickiego onieśmiela poetów, przez co milczą oni. Pytano więc biskupa warmińskiego, jaki jest sekret jego dzieł. Odrzekł on: Ma muza prawdę mówi, względów się wyrzeka, / Wielbi urząd, czci króla, lecz sądzi człowieka. Dodał jeszcze, że jego sądy i oceny zawsze są miłościwe.

Po chwili zapytał Krasicki, co innych twórców popycha do pisania. Karpiński odrzekł, że pisze z serca. Szczery Trembecki oświadczył, iż pisze tylko wtedy, gdy nie ma już innej metody na zdobycie pieniędzy. Jego postawa skrytykowana została przez króla, który zwrócił się do Naruszewicza. Biskup smoleński inspirował swą twórczość znamienitą historią Rzeczpospolitej. Ale zgromadzeni, pamiętający głównie czasy saskie, nie wierzyli, że w kiedyś w Polsce mogło być lepiej. Jako ostatni przemówił Zabłocki. Pisał on, by piętnować i zawstydzać ludzi postępujących niewłaściwie.

Następnie wszyscy przeszli do sali, gdzie miały zostać odczytane wiersze.

Ocknienie

W Targowicy, ku zdziwieniu ubogich mieszkańców, spotkali się trzej najznamienitsi polscy magnaci - hetman Ksawery Branicki, hetman Seweryn Rzewuski oraz Szczęsny Potocki. Wszyscy trzej nienawidzili króla i reformatorów ojczyzny - tak obozu Kołłątajowskiego, jak i Staszicowskiego - będąc przy tym zaciekłymi obrońcami złotej wolności szlacheckiej. Dlatego postanowili zjednoczyć się z carycą.

Do miasta wjeżdżał akurat Maciej Dulęba, drobny szlachcic, który gotów był pokrajać każdego, kto wspominał o reformach. Sam nie wiedział, dlaczego miałby tak postąpić, ale w jego świecie wszystko miało być po staremu. Jego brat - Kaźmierz - należał do obozu reformatorów i był jednym z tych, którzy podpisali nową konstytucję. Konstytucję znoszącą liberum veto, zrównującą mieszczaństwo ze szlachtą, biorącą chłopów pod opiekę państwa, wprowadzającą monarchię dziedziczną i ustanawiającą stałą armię. Ach, okropny i niewyobrażalnie zły był to dokument zdaniem Dulęby.

W Targowicy spotkał Dulębą Suchorzewskiego, jednego z najbardziej zapalonych krytyków konstytucji. Donosił on, że Branicki miał sprowadzić sto tysięcy wojska otrzymanego od Rosjan. Obaj cieszyli się, że wkrótce ostudzą chęci reformatorów. Fakt ten postanowili uczcić w karczmie.

W drodze do gospody mężczyźni natknęli się na oddział rosyjskich wojsk. Dulęba machnął ręką, nakazując zrobienie miejsca, by mógł przejść. Umundurowani nie posłuchali go jednak. Rozwścieczony szlachcic uderzył w twarz jednego z żołnierzy, za co został rzucony na ziemię i potężnie obity. Na nic zdały się krzyki Suchorzewskiego.

Obaj szlachcice poszli na skargę do dowódcy, który wyśmiał ich słowa. Rzekł im tylko: Wot maleńka pomyłka zaszła. Wasze jaśnie wielmożne swobody i przywileje, my je wam wypiszemy na skórze. Tam zagwarantujemy: Skończone z jaśnie wielmożną szlachecką Rzeczpospolitą. Samiście nas tu wezwali. Już stąd nie pójdziem. Kupiliśmy tę ziemię za dobre srebrne ruble. Może nie? A teraz: won!

Spotkanie

Samotny jeździec przemierzał postrzępione górskie ścieżki. Była to jego pierwsza swobodna podróż od czasu przybycia do Ameryki, od ponad dwóch lat. Wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych, w której brał udział, została czasowo zawieszona. Korzystając z dziesięciu dni urlopu, mężczyzna postanowił odwiedzić rodaka.

Bohater przybył do Ameryki, gdyż chciał wziąć udział w wojnie o wolność i cenił sobie słowa odezwy: Uważamy za niezbite prawdy, że wszyscy ludzie rodzą się równymi sobie i wolnymi... Że wszyscy mają równe prawo w dążeniu do życia, wolności i poszukiwania szczęścia... Prawd tych i naszej niepodległości bronić będziemy życiem, mieniem i honorem...

Podróżując, dostrzegł żołnierz kilku czarnoskórych dźwigających ciężkie ładunki. Widział, jak dozorca bezlitośnie smaga ich biczem. Z żalem pomyślał, że odezwa kłamie, że dla tych ludzi walka o wolność nigdy się nie skończy. Wtedy przypomniał sobie Polskę i los ciemiężonego chłopstwa. Pragnął na zawsze odmienić obraz świata.

W końcu bohater dotarł do obozu. Niezwłocznie udał się wtedy do kwatery generała Pułaskiego, dowódcy jazdy. Tam dostrzegł starostę kamienieckiego i jego przyjaciela Rogowskiego. Szybko rozpoznali oni Tadeusza Kościuszkę. Opowiedzieli mu oni o swej podróży do Ameryki, a następnie przekazali smutne wieści z ojczyzny. W Rzeczpospolitej nic się nie zmieniło, nad wszystkim pieczę sprawowali Rosjanie.

Pułaski i Kościuszko byli ludźmi zupełnie innymi (odróżniały ich wygląd i poglądy, np. dotyczące niewoli czarnoskórych), ale obaj ogromnie kochali ojczyznę. Wyrazili nadzieję, że może któryś z nich przeżyje i powróci do Europy, by stanąć w obronie Rzeczpospolitej.

Na szczycie Mont Blanc

Porucznik Antoni Malczewski i księżna Fryderykowa Lubomirska spotkali się w Genewie, ulubionym mieście Jana Jakuba Rousseau. Oboje długo wyczekiwali tego momentu, niemal tak bardzo jak ślubu, który mieli wziąć, kiedy tylko arystokratce udzielony zostanie rozwód.

Para wędrowała po malowniczej okolicy, gdy ich oczom ukazał się znajomy profesor Pictet. Malczewski zapytał, czy to prawda, że nikt jeszcze nie zdobył górującego nad krajobrazem Mont Blanc. Uczony odpowiedział twierdząco. Malczewski zaczął wtedy rozmyślać nad postawieniem stopy na szczycie.

Wkrótce księżna opuściła porucznika. Znudziła się nim, nie była zainteresowana kontynuowaniem romansu. Wtedy to ostatecznie postanowił Malczewski, że wejdzie na Mont Blanc.

Porucznik wyruszył w drogę z zamiarem zabicia się. Przewodnik miał oddzielić się od niego tuż pod szczytem. Dobra pogoda sprawiła jednak, że oboje zdobyli górę, a pełen energii i radości Malczewski porzucił myśl o śmierci.

Stojąc na szczycie pomyślał Malczewski, że rozważanie samobójstwa było głupotą. Nie uczynił przecież jeszcze nic wielkiego dla świata. A wszyscy powtarzali mu, że ma szczególny talent poetycki.

Z góry schodził bohater świadomy swej wewnętrznej głębi.

Nieporozumienie

Tego roku stary siedlak Jura Gaydzica z Cisownicy nie wyszedł z resztą domowników pracować przy sianokosach. Zimą poważnie się przeziębił i wciąż pozostawał osłabiony. Miał więc czas dla swej największej namiętności - książki.

Jura kolekcjonował książki, a każdą z posiadanych otaczał czułą opieką, dbając o okładki i pojedyncze strony. Czytając, sam miał zamiar zacząć pisać. W końcu postanowił spisywać swe wspomnienia (była to druga część jego kroniki, w pierwszej spisał to, co o Cieszynie i Polsce mówili starzy).

Z lektury spisanych dotychczas wydarzeń wyrwało Jurę pojawienie się nieznanego mu mężczyzny. Był to profesor Brodziński z Warszawy. Widząc chłopa z książką, okrutnie ucieszył się uczony, który sam określił się miłośnikiem włościan.

Nie mógł jednak porozumieć się Brodziński z Gaydzicą, chociaż obaj znali polską mowę. Zbyt wyrafinowany był język poety dla chłopa, a dla Brodzińskiego język Jury zbyt mocno naznaczony był śląską gwarą.

Po jakimś czasie Brodziński recytował swój wiersz w kurhausie jednego z kąpielisk. Wielce chwalił jego twórczość urzędnik Jugmann, jej prostota trafiła też do serc zebranych dam. Ale sam Brodziński był niezadowolony. Przecież chłop - a zawsze pisał o chłopach - nie zrozumiał jego utworu. I dziwili mu się zgromadzeni, że w ogóle podjął próbę rozmowy z chłopem. Dobrze urodzeni wiedzieli bowiem, że chłopów należy miłować i szanować, ale absolutnie nie trzeba z nimi rozmawiać.

W tym czasie Jura Gaydzica zapisał w swej kronice następujące słowa: Latoś w 1828 roku przyszedł do Ustronia jeden Polok cudak. Po naszemu gadał, ale bez rozumu. I ksiądz by nic z tego nie pojął. Prawił, że książki pisze, co pewnikiem łgarstwo jest. Do tej żelaznej wody to się różne przygłupki ściągają.

Przerwane posiedzenie

Julian Ursyn Niemcewicz, prezes warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, członek Towarzystwa Filozoficznego w Filadelfii i Towarzystwa Wojskowego w West Point, z nieuwagą przysłuchiwał się rozmowom kolegów. Nudziły go już spory literackie, zbyt wiele widział ich i słyszał w swym długim życiu.

Osiński i Wężyk, spoglądając czasem na popiersia Kornela i Rasyna (teoretyków klasycznej tragedii), rozmawiali o pomysłach pana Mickiewicza. Nie zgadzali się z jego koncepcją zerwania z zasadą jedności miejsca. Zdaniem Osińskiego takie odstępstwo zupełnie rozluźniłoby uznaną i cenioną formę klasycznej tragedii.

Rozmowa o literaturze trwała. Brodziński stwierdził, że literatura narodowa powinna czerpać tematy właśnie z życia narodu. Znowuż poruszono temat Mickiewicza. Osiński oznajmił, że prawdziwy geniusz mógłby przełamywać utarte schematy. W twórczości Mickiewicza nie widział on jednak ani geniuszu, ani chociażby talentu. Wtórował mu Koźmian, twierdząc, że bunt przeciw mistrzom jest wyrazem głupoty.

Nie słuchał ich już Niemcewicz. Myślami przeniósł się w przeszłość, kiedy to znamienici członkowie towarzystwa (Śniadeccy, Potoccy, Staszic, Woronicz itd.) dzielili się w kręgu literatów i uczonych najnowszymi osiągnięciami nauki i literatury. Z troską mówili oni o narodzie, rozmyślali, w jaki sposób mu pomóc. Teraz na pierwsze miejsce wysunęła się złośliwa krytyka.

Tymczasem Koźmian zapytał Osińskiego, kiedy w końcu odda do druku „Ziemiaństwo”. Poeta odrzekł, że doskonalenie czterowiersza to praca zajmująca całe lata (pisał dzieło już 22 lata), ale kiedy utwór ujrzy światło dzienne, nie będzie w nim Mickiewiczowskiego bajdurzenia.

Nagle rozmowę przerwał Niemcewicz, mówiąc, że za oknem słychać strzały. Do starcia doszło pod arsenałem. Stary poeta krzyknął: Do broni, bracia! Do broni!

Stado emira

Zapadał zmrok, a Rzewuski siedział zatopiony w przyjemnej miękkości sofy. Wciąż miał na sobie zakrwawiony mundur, w którym mierzył się z dziesięciokrotnie liczniejszymi oddziałami generała Rothala. Dopiero stojąc na czele wojska i krzycząc: Jezus Maria! Ojczyzna!, poczuł, że odnalazł swoją duszę (wcześniej walczył ramię w ramię z Beduinami, wśród których mieszkał przez całe lata). Choć był szczęśliwy, miał Rzewuski świadomość, że jest zbyt późno na to, aby odkupić winy ojca, Targowiczanina.

Wkrótce miała odbyć się licytacja koni Rzewuskiego, których sprzedaż zarządzona została, by pokryć długi matki oficera. Nie mógł on znieść myśli o rozstaniu ze zwierzętami przywiezionymi z Arabii. Poszedł więc do stajni, by jeszcze chwilę nacieszyć się ich obecnością. Objął ogiera w prostej linii pochodzącego od koni Proroka.

Następnego dnia Rzewuski wypuścił swe umiłowane zwierzęta, które pod przewodnictwem ogiera dotarły do Sawrania, majątku oficera. Później mężczyzna dołączył do powstańczego oddziału.

Ukochany ogier odnalazł pana na polu bitwy. Jeszcze raz dosiadł go Rzewuski, prowadząc żołnierzy do boju. Obaj nigdy jednak nie wrócili do reszty stada.

Na paryskim bruku

Jest kwiecień roku 1832. Francją rządzi Ludwik Filip, władca fałszywie dobroduszny, który przyczynił się do upadku powstania listopadowego. W swojej wspaniałomyślności pozwolił on jednak uciekinierom z Polski osiedlać się w Paryżu.

Polacy nie mogli przyzwyczaić się do nowego miejsca życia. Ich społeczność tworzyła jak gdyby miasto w mieście. Złość, frustracja i troska o ojczyznę sprawiały, że często wybuchały między nimi spory.

Z maleńkiej drukarni, będącej siedzibą „Pielgrzyma” wychodził właśnie Mickiewicz. Tuż za nim dreptał Włodek Olszański, chłopiec na posyłki. Włodek urodził się już we Francji (rodzice przebywali tam od czasów pierwszej emigracji). Znał jednak twórczość Mickiewicza, pamiętał, że w domu każde jego dzieło traktowano z ogromnym szacunkiem.

W redakcji nie byli jednak zadowoleni z Mickiewicza. Mochnacki wciąż powtarzał, że Adam chciał być bezstronny, sprawiedliwy. Nie na tym polegało przecież dziennikarstwo - należało kąsać, atakować, budzić kontrowersje.

Sam Mickiewicz zmęczony był już pobytem we Francji. Męczyły go ciągłe spory i utarczki. Z rozrzewnieniem wspominał więc ojczyznę, opowiadając Włodkowi o tym, jak bardzo krystaliczna Wilia różni się od brudnej i ciężkiej Sekwany. Chłopiec nigdy nie był w Polsce, toteż chętnie słuchał opowieści poety.

W czasie jednej z takich rozmów prowadzonych z Włodkiem pomyślał Mickiewicz, że mógłby ująć w słowa litewskie krajobrazy i przelać to wszystko na papier. Wtedy właśnie pożegnał się z redakcją „Pielgrzyma” i oznajmił wszystkim, że będzie pisał co innego.

Koncert Szopena

Pani Teresa Zawadzka otrzymała od pani Platerowej zaproszenie na koncert Fryderyka Szopena. Sama z siebie na pewno nie wzięłaby udziału w takim wydarzeniu, ale ze względu na chęć utrzymania dobrych kontaktów z rodaczką postanowiła złożyć jej wizytę.

Największym zmartwieniem pani Zawadzkiej była tęsknota do Dąbrówki Małej. Od dwóch lata mieszkała już w Paryżu, od dwóch lat nie doglądała swego ogrodu. Cierpiała, myśląc o tym, jak bardzo niszczeje jej ukochane miejsce.

Wszyscy domownicy tęsknili za ojczyzną. Kaśka - służąca - stała się złośliwa i niewdzięczna; Kacper - furman - źle znosił rozłąkę z rodziną, przez co sięgał po alkohol; pan Zawadzki gderał zaś i opryskliwie do wszystkich się odnosił.

W salonie Platerów zebrała się niemal cała emigracja. Brakowało tylko Mickiewicza, który prywatnie bardzo cenił muzykę Szopena. Rozmawiano i plotkowano, a wiele uwagi poświęcano właśnie osobie kompozytora. Niektórzy mówili, że to gburowaty i ciężki w obejściu człowiek, inni zaznaczali, że jest Polakiem - patriotą.

W końcu pojawił się długo wyczekiwany muzyk. Nie lubił on koncertów przed szerokim audytorium. Występ zaczął nieśmiało, ale kiedy przeszedł do improwizacji, przed oczyma zebranych rozpostarły się polskie krajobrazy. Nawet pani Zawadzka odniosła wrażenie, że siedzi na ganku swego dworku. Również stojący za oknem Kaśka i Kacper nie mogli powstrzymać silnego wzruszenia.

Doktor Marcinek

Ci powstańcy, którzy zbiegli na stronę polską z armii pruskiej, nie mogli liczyć na przedostanie się do Francji. Dlatego często wybierali morską drogę imigracji. Wśród płynących do Szkocji był Karol Marcinkowski, oficer jazdy polskiej.

Wśród łoskotu fal rozmyślał on o swoim dotychczasowym życiu. Ukończył studia medyczne w Berlinie, a po jakimś czasie zawiązał koło „Polonia”, za co skazany został na rok więzienia. W niemieckiej celi zaraził się gruźlica, która skróci jego życie o połowę. Następnie przeniósł się do ukochanego Poznania, gdzie odbywał praktyki medyczne. Później przyszedł czas na miłość - pokochał Emilię Ó., przedstawicielkę jednego z najznamienitszych rodów. Nierówności klasowe sprawiły jednak, że nie mógł jej poślubić.

Sztorm powoli ustawał. Teraz myślał Marcinkowski o swej przyszłości. Zamierzał doskonalić kunszt lekarski, zajmując się przy tym pomocą ubogim. Jego marzeniem było zapewnienie ludziom uczciwej i opłacalnej pracy, która zagwarantowałaby im poczucie godności i spełnienia.

*

Sala Bazaru poznańskiego jarzyła się od setek świateł. Wielu ludzi przyszło tylko po to, by zobaczyć Marcinkowskiego. Powszechnie uważano go za czarownika, gdyż w 11 lat dokonał rzeczy niemal niemożliwych. Prężnie działał na rzecz szerzenia edukacji i wiedzy o higienie. Chociaż nienawidził niemieckiego rządu, ubogich Niemców miłował tak samo jak Polaków, nigdy nie odmawiając im pomocy.

Marcinkowski zazwyczaj nie pojawiał się na zebraniach. Tym razem zrobił wyjątek, gdyż obecna była Emilia, jego dawna miłość. Zamienił z kobietą kilka słów, wyjaśniając, że po rozstaniu z nią ślubował nigdy nie zaznać już rozkoszy w miłości, a w zamian prosił Boga o możliwość bycia użytecznym krajowi. I właśnie brak kotwicy zatopionej w domu sprawiał, iż bez wahania wyjeżdżał późną nocą do chorych. Nic nie odwracało jego uwagi od pracy.

Był jednak Marcinkowski wyczerpany i schorowany. Miał świadomość, że długo już nie pożyje, najwyżej kilka lat. Dlatego niepostrzeżenie wymknął się z zebrania, nie poświęcając zbyt wiele czasu na to, co mogło odciągać go od pracy.

Twórcy pokoju

W olbrzymiej sali panowała niezwykła cisza. Przedstawiciele największych światowych mocarstw właśnie przygotowywali się do oznajmienia decyzji, które na całe lata ukształtują historię. Lloyd George, przedstawiciel Anglii, uśmiechał się wygodnie rozparty w fotelu. Miejsce obok zajmował Clemenceau, nieugięty polityk. Po jego prawej ręce ulokował się Wilson, prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, największy autorytet tej chwili. Nieco dalej dostrzec można było rozumnego marszałka Focha. Kolejne miejsca przynależały reprezentantom innych krajów.

Wśród grona zamierzającego położyć kres wojnie i zaprowadzić pokój na świecie znajdowali się także przedstawiciele narodu polskiego - Roman Dmowski i Ignacy Paderewski.

Wkrótce został dany znak, by wprowadzić delegatów niemieckich. Sześciu przedstawicieli pokonanego państwa niezwłocznie weszło do sali, by wysłuchać warunków pokoju. Od razu wysłuchali oni zastrzeżenia, że odczytane punkty nie będą podlegać dyskusji i muszą zostać bezwzględnie przyjęte.

Przy wyjściu z pałacu wersalskiego graf Brockdorff-Rantzau zapytał radcę Lemerta o przyczynę jego uśmiechu. Ten odrzekł, że żądania zwycięzców są niemożliwe do spełnienia, toteż - najzwyczajniej w świecie - nie zostaną spełnione. A w dodatku Górny Śląsk nie zostanie zwrócony Polsce. O losie tych ziem zadecyduje referendum.

Doczekał

Wawrzyn Hajda wyciągnął rękę i dokładnie zbadał list, który z frontu przysłał mu Piotr Ruda. Kartka na pewno zawierała standardowe zapewnienie, że wszystko w porządku. Mężczyzna nie poprzestał jednak na tym. Wyczulonymi palcami zaczął przejeżdżać po kartce, wyszukując liter. Ciemność ogarniała go od niemal 50 lat.

Wielkie wrażenie wywarły na Wawrzynie słowa, które zapowiadały odrodzenie Polski. Zastanawiał się nawet, w jaki sposób Ruda przekonał oficera, by ten pozwolił mu nadać taki list.

Hajda skończył właśnie wyplatać krzesło. Sięgnął wtedy po igłę i zaczął naprawiać swą kapotę, czyniąc to z niesłychaną sprawnością. Pracując, wspominał różne wydarzenia ze swego życia. Pierwszą polską książkę otrzymał od księdza Purkopa, Lumpa i Miarka uczyli go patriotyzmu, później w jego życiu pojawiła się żona wraz z dziećmi. I codziennie chodził do pracy do kopalni, ciesząc się każdym porankiem. Nagły wypadek zniszczył wszystko.

Bliscy Hajdy dawno już nie żyli. Dla samotnego mężczyzny jedyną pociechą stał się dźwięk. Prędko nauczył się tajemnego języka harmonii, prędko zaczął tworzyć wspaniałe pieśni, które rozchodziły się po całym Śląsku.

Drzwi skrzypnęły i do pomieszczenia weszli Franciszek Gracek, proboszcz Woźniak i sztygar Pompała. Rozmowa, która się wywiązała, dotyczyła Polski. Sztygar momentalnie odarł Hajdę ze złudzeń, mówiąc, że należy się zastanowić, czy warto będzie dołączyć do Polski. Złe wieści nadchodziły bowiem z tego kraju. Jeszcze nie został wskrzeszony, a już ludzie kłócili się między sobą i przerzucali ideami. No i nie zależało im na Śląsku.

Nastał czerwiec. Ludzie zgromadzili się na ulicy, by przywitać wracających z wojny zwycięzców. Wśród tłumu był i przepasany wstęgą powstańczą Hajda, który przyszedł wraz z Grackiem. Gdy odgłosy triumfu zbliżały się coraz szybciej, poczuł Hajda niewysłowiony żal, spowodowany tym, że nie widział. Krzyknął: Och, widzieć!... widzieć!... Chryste, ja chcę widzieć!... Ale nic nie mogło przywrócić mu wzroku. Stał więc coraz słabszy, a kiedy usłyszał tętent ułańskich koni, padł na ziemię bez czucia.

Problematyka

„Bursztyny” Zofii Kossak-Szczuckiej to zbiór 34 krótkich opowiadań, swoistych literackich obrazków. Wszystkie one przenoszą czytelnika w przeszłość, wszystkie ukazują ważne i przejmujące wydarzenia zapisane na kartach historii.

Nie należy traktować „Bursztynów” jako skondensowanego wykładu przedstawiającego dzieje Polski i narodu polskiego na przestrzeni wieków. Autorka często traktuje prawdę historyczną w sposób niezobowiązujący, dopuszczając się pewnych odstępstw i przywołując w swych tekstach fragmenty legend oraz ludowych baśni. Opisywane wydarzenia rzadko osadzone są w szerszym kontekście historycznym, rzadko wyeksponowane zostają również związki przyczynowo - skutkowe.

Fakty nie są najważniejsze w „Bursztynach”. Stanowią one jedynie tło, na którym kreśli autorka poruszające i skłaniające do refleksji opowieści. Wydobywa w nich autorka uniwersalne wartości, jakie prowadziły ludzkość przez setki lat. W cyklu opowiadań pojawiają się postacie kojarzone z najwspanialszymi momentami w historii Polski: roztropny i odważny Bolesław Chrobry, rozmiłowany w mowie ojczystej Mikołaj Rej, troszczący się o ojczyznę ksiądz Skarga, miłujący lud król Sobieski. Sympatia narratora zdecydowanie jest po stronie tych, którzy pozostawali wierni swym ideałom i nie bali się przełamywać utartych schematów.

W dziele Zofii Kossak-Szczuckiej nie brakuje jednak przykładów negatywnych. Wiele miejsca poświęca ona szlacheckiej samowoli, która w znacznej mierze przyczyniła się do upadku państwa. Bezlitośnie przedstawienie zostali uczestnicy konfederacji targowickiej. Zgromadzona w niewielkim miasteczku szlachta to ludzie przykładający wagę wyłącznie do własnych interesów. Kolejnym antywzorem jest wciąż łżący Karol Radziwiłł.

„Bursztyny” Zofii Kossak-Szczuckiej opiewają bohaterstwo i krytykują gnuśność, bierność oraz przedkładanie własnych korzyści nad dobro społeczeństwa i narodu. Miłość do ojczyzny wiążą z postawami szlachetnymi, jednoznacznie wartościowanymi jako pozytywne. Dobro narodu wymaga bowiem ciężkiej i regularnej pracy oraz niezwykłej odwagi.

Szczególnej krytyce w „Bursztynach” poddane zostały szlachta i magnateria. Czytelnik wielokrotnie dostrzega druzgoczące porównania tego, jak wygląda życie w Rzeczpospolitej, z innymi państwami europejskimi. Bieda, braki w edukacji, niedocenianie kultury oraz podział społeczeństwa, które tworzyło zamknięte grupki, znacznie przyczyniły się do klęski Polski i Litwy, tworząc żyzny grunt pod działania zaborców.

Opowiadania Zofii Kossak-Szczuckiej upamiętniają ważne wydarzenia, niczym tytułowe bursztyny przechowują szczątki minionych dziejów. Największe znaczenie mają dla autorki nie tyle wielkie zwycięstwa militarne, co godne naśladowania postawy. W kontekście trudnej historii Polski to właśnie one okazały się być głównym krokiem ku odzyskaniu niepodległości.

 

Losowe tematy

Skąpiec – geneza czas i miejsce...

Geneza czas i miejsce akcji Komedia Moliera „Skąpiec” wystawiona została po raz pierwszy w 1668 roku. Na początku nie cieszyła się powodzeniem i szybko zniknęła...

Minuta ciszy po Ludwice Warzyńskiej...

„Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej” to wiersz Wisławy Szymborskiej poświęcony bohaterskiej postawie nauczycielki która oddała życie ratując dzieci...

Nierządem Polska stoi Wacław Potocki...

„Nierządem Polska stoi” to jedno z najważniejszych dzieł Wacława Potockiego. Jako poeta – polityk znał on bieżące problemy Rzeczypospolitej oraz rewelacyjnie...

Dwoje ludzieńków – interpretacja...

„Dwoje ludzieńków” to wiersz Bolesława Leśmiana. „Rękę” autora rozpoznać można już w tytule – zdradza on typowe dla Leśmiana upodobanie...

Smutno mi Boże – interpretacja...

Wiersz Antoniego Słonimskiego „Smutno mi Boże” pochodzi z lat dwudziestych XX wieku. Tytuł i treść nawiązują do „Hymnu” Juliusza Słowackiego (znanego...

Ze szczytu schodów – interpretacja...

„Ze szczytu schodów” Zbigniewa Herberta to wiersz z tomu „Raport z oblężonego miasta” i jak cały zbiór został utrzymany w poetyce parabolicznej....

Jana Kochanowskiego spór z filozofią...

Jan Kochanowski jak przystało na renesansowego humanistę zatopiony był w kulturze starożytnej. Oddziaływała na niego między innymi filozofia stoicka. Stoicy zalecali odnajdywanie...

Lord Jim – streszczenie plan wydarzeń...

Akcja powieści rozgrywa się pod koniec XIX wieku. Głównym bohaterem powieści jest młody mężczyzna pierwszy oficer statku „Patna”. Poznajemy go kiedy...

Kowal – interpretacja i analiza...

„Kowal” to jeden z najważniejszych wierszy debiutanckiego tomu poetyckiego Leopolda Staffa „Sny o potędze” (1901). Liryk ma charakter programowy stanowi...