Wypracowania.pl Unikalne i sprawdzone teksty

Ferdydurke – streszczenie, plan wydarzeń

Streszczenie

Rozdział I - Porwanie

Narrator obudził się o dziwnej porze - ni to nocą, ni to o świcie. Zbudzony chciał pędzić na dworzec taksówką, lecz po chwili uświadomił sobie, że nie czeka na niego żaden pociąg. Swoje odczucia narrator opisuje jako lęk nieistnienia, strach niebytu. W nocy nawiedził go przerażający sen. Śniło mu się, że poszczególne części jego ciała wzajemnie się z siebie naśmiewają. Gdyby tego było mało, część z nich należała do około piętnastoletniego młodzieńca, część do liczącego trzydzieści lat mężczyzny.

Narrator niedawno przekroczył Rubikon trzydziestaka i z pozoru wydawał się człowiekiem poważnym. Miał jednak świadomość, że wcale tak nie jest. Jego rówieśnicy dawno zajęli jakieś stanowiska, ustatkowali się, a on, ku rozpaczy ciotek, pozostawał nieokreślony, niezdecydowany. By zmienić ten stan rzeczy, napisał nawet książkę, lecz sam jej tytuł - „Pamiętnik z okresu dojrzewania” - przekreślał jakąkolwiek nadzieję na zmieszczenie w niej poważnych treści. A przecież nawet koledzy ostrzegali narratora przed przyznawaniem się do niedojrzałości.

Bohater z wielką niechęcą odnosił się do pisarzy, ludzi obdarzonych przecież wielkim talentem, gdyż ci tematami swoich dzieł zawsze czynili sprawy odległe. Mało kto poruszał w utworach kwestie bliskie - jak np. wchodzenie w świat dorosłych opisane na własnym przykładzie. A to przecież stanowiło tematykę jego dzieła. Narrator czuł wręcz, że jest otoczony przez ludzi półinteligentnych, którzy wciąż krytykują jego niedojrzałość.

W czasie tych rozmyślań narrator dostrzegł dziwną postać stojącą w kącie pokoju. Okazało się, że był to jego sobowtór. Józio nie wiedział, co się dzieje. Ostatecznie tajemnicza zjawa czmychnęła, a narrator poczuł niezwykle silną potrzebę wyrażenia samego siebie. Usiadł więc przy biurku, a służąca przyniosła kawę i bułeczki. Już miało narodzić się wielkie, wynikające tylko z autora dzieło, gdy w drzwiach stanął profesor T. Pimko - kulturalny filolog z Krakowa, drobny, mały, chuderlawy i w binoklach.

Mężczyzna przyszedł z zamiarem złożenia Józefowi kondolencji z powodu śmierci ciotki (kobieta zmarła dość dawno, narrator prawie jej nie pamiętał). Okazało się, że jego forma (nauczycielski sposób bycia) osłabiła wolę głównego bohatera. Pimko dostrzegł brulion z zapiskami. Pimko usiadł, wyciągnął papierosa i zaczął czytać. Świat Józia zorganizował się w klasycznego belfra - siedział (ponieważ Pimko także siedział) i nerwowo rozglądał się po pokoju, czuł, że maleje w zdawkowym belfrze, że Pimko pasie się jego zielonością.

Przestraszony narrator wykrzyczał słowo duch. Nagle gość przeszedł do odpytywania Józia (duch dziejów, duch cywilizacji helleńskiej, duch języka itd.). Józio poczuł, że tysiące duchów przygniatają jego własnego ducha, nie potrafił odpowiedzieć na lawinowo zadawane pytania. Pimkow wziął więc notes i wpisał mu złą ocenę.

Belfer stwierdził, że konieczne jest uzupełnienie braków w edukacji narratora. Nakazał więc Józiowi udać się z nim do szkoły pana Piórkowskiego.
Na nic zdały się protesty - już po chwili belfer i nowy uczeń przemierzali pobliskie ulice. W pewnym momencie niewielki pinczerek rzucił się na Pimkę i potargał mu nogawkę. I pies, i właścicielka zostali ocenieni ujemnie.

Rozdział II - Uwięzienie i dalsze zdrabnianie

Po chwili protestujący narrator i wytrwale prowadzący go za rękę Pimko dotarli do budynku szkoły. Przybyli tam akurat w czasie długiej przerwy. Józio dostrzegł więc spacerujących w kółko uczniów, na których spoglądały ukryte za płotem matki i ciotki. W tym czasie Pimko rozmawiał z dyżurującym nauczycielem. Poruszyli oni temat matek i ciotek (Nie ma nic lepszego od matki za płotem na chłopca w wieku szkolnym. Nikt nie wydobędzie z nich bardziej świeżej i dziecięcej pupy niż matka dobrze ulokowana za płotem), a po chwil mężczyzna z niepokojem wyjawił starszemu koledze, ze uczniowie wciąż są za mało naiwni, co Pimko skwitował stwierdzeniem o braku zdolności pedagogicznych nauczyciela. Dla poprawy wyników w tej materii Pimko zamierzał po raz kolejny zainsynuować uczniom niewinność.

Wychowawca zaprowadził Józia do kolegów. Główny bohater, zgłębiwszy zamiary Pimki, chciał ostrzec towarzyszy szkolnej niedoli, lecz ci byli zaabsorbowani pojawieniem się nowej osoby. Język uczniów różnił się od tego powszechnie stosowanego - stosowali oni archaizmy, niektórym wyrazom dodawali łacińskie końcówki (np. kolegus).

Józio nie zdążył ostrzec pozostałych uczniów. Obserwował ich schowany za drzewem Pimko, który po chwili przystąpił do realizacji swego planu. Wszystko powiodło mu się doskonale - został wzięty za wizytatora, co wywołała zamieszanie wśród przebywających na przerwie. Profesor sięgnął wtedy po karteczce, coś na niej napisał i zręcznie ją upuścił. Wiadomość brzmiała następująco: Na zasadzie moich obserwacji, przeprowadzonych w szkole X podczas wielkiej pauzy, stwierdzam, że młodzież męska niewinna jest! Takie jest moje najgłębsze przekonanie. Dowodem tego - wygląd uczniów oraz ich niewinne rozmowy tudzież ich niewinne i przemiłe pupy.

Kiedy karteczka dostała się w ręce uczniów, zawrzało. Najpierw rozpoczął się festiwal śmiechu i sarkazmu, po chwili chłopcy zaczęli robić wszystko, by udowodnić naiwnemu Pimce jego błąd. Opowiadali więc pieprzne kawały, wykrzykiwali wulgaryzmy, Miętus narysował nawet 4 litery na dębie.
Józio przejrzał naiwność sytuacji i poszedł do Pimki. Profesor wyszedł zza drzewa i jeszcze raz podkreślił niewinność uczniów, dodając, że używają wulgaryzmów, chociaż zupełnie ich nie rozumieją (najprawdopodobniej zasłyszeli od sprzątaczek). Nauczyciel oddalił się, a obserwujące scenę matki (schowane za płotem) podziwiały jego talent pedagogiczny.

Uczniowie byli skonsternowani. Wtem odezwał się Syfon, który wyraził przekonanie, że w niewinności nie ma nic złego i że nie należy jej się wstydzić. Słowa te nie spodobały się Miętusowi i jego stronnikom. Uznali oni postawę Syfona za źródło wstydu dla całej grupy i postanowili coś z tym zrobić. Wkrótce doszło do bójki pod sztandarami chłopięcia i dziewczęcia (Syfon i jego zwolennicy) oraz chłopaka i dziewczyny (Miętus i jego towarzysze). W starciu udziału nie brał tylko Kopyrda.

Początkowo szala zwycięstwa przechylała się na stronę Miętusa i jego bandy, lecz zaintonowana przez Syfona pieśń (Hej, bracia chłopięta, dodajcie mu sił, by ocknął się z martwych, by powstał, by żył!) odmieniła sytuację. Miętus, Myzdral i Hopek oddalili się. Postanowili jednak częściej używać wulgarnych słów. W pewnym momencie Miętus wyraził swoje zrezygnowanie, chciał nawet zaprzestać walki. Wtedy zdenerwowany Myzdral wepchnął kawałek druta w płot, uszkadzając jednej z matek oko. Po chwili Miętus wrócił do siebie i postanowił, że muszą porwać Syfona i uświadomić go siłą.

Pimko skinął na narratora i obaj poszli do dyrektora Piórkowskiego. Ten wyraził zadowolenie z postawy pedagoga, zaznaczając, że sztucznie zdziecinnieni dorośli są nawet lepsi od dzieci. Następnie dyrektor zaprezentował ciało pedagogiczne. Rozpierała go duma, ponieważ tworzyły je same osoby odstręczające, pozbawione własnych myśli i kornie realizujące program (gdyby tylko porwali się na samodzielne myślenie, on od razu wybiłby im to z głowy).
Rozpoczęła się lekcja. Nauczyciel języka polskiego - zwany Bladaczką (ze względu na ziemistą cerę) - zagroził klasie, że jeśli nie zapanuje spokój, będzie odpytywał. Wtedy uczniowie jak jeden mąż przedstawili różne zaświadczenia, które potwierdzały brak możliwości przygotowania się. Gotów był jedynie Pylaszczkiewicz (Syfon). Wyznał on jednak, że może odpowiadać tylko w obecności wizytatora, ale nie podał opanowanych przez siebie tematów.

Nauczyciel przeszedł do tematu. Zgodnie z programem miał wytłumaczyć uczniom, dlaczego Słowacki budzi zachwyt i miłość. By nie narażać się na sprzeciw uczniów, zaczął powtarzać: Słowacki wielkim poetą był. Fraza ta stanowiła odpowiedź na każde pytanie dotyczące twórczości wieszcza, a uczniowie pokornie przepisywali ją do zeszytów. Jeden tylko - Gałkiewicz - wyznał, że ta poezja wcale go nie zachwyca. Przerażony nauczyciel, stojąc przed widmem niemożności, wydobył z portfela zdjęcia żony i dziecka, prosząc Gałkiewicza, by ten zmienił swe nastawienie. To nie zadziałało, uczeń nadal nie mógł przebrnąć przez więcej niż 2 strofy poematów. Wtedy do akcji wkroczył poproszony przez nauczyciela Syfon, który zaczął recytować. Po chwili wszyscy uczniowie wili się, słuchając słów wieszcza.

Józio wiedział już, że musi uciec ze szkoły. Nie mógł jednak tego uczynić, czuł się pozbawiony jakiejkolwiek woli, a po chwili dostrzegł ten sam stan u innych uczniów. Tylko Kopyrda siedział lekceważąco. Widząc go, Józio pomyślał, że nie jest ani chłopakiem, ani chłopięciem - ale zwykłym chłopcem.

Rozdział III - Przyłapanie i dalsze miętoszenie

Po chwili rozległ się zbawczy dzwonek i Bladaczka szybko opuścił klasę. Wśród uczniów ponownie odżył temat chłopaka i chłopięcia. Spór się rozrastał. Syfon nie brał udziału w dyskusji, lecz czynili to jego poplecznicy, którym przewodził Pyzo. Za to Miętus i Myzdral przygotowywali się do zniewolenia Pylaszczkiewicza i uświadomienia go przez uszy.

Przerażony tą wizją narrator zwrócił się do Kopyrdy, wyjawiając mu plany Miętusa. Ten jednak zupełnie nie zwrócił na to uwagi i wyskoczył przez okno, pogwizdując sobie. Na nieszczęście Józia „rozmowę” usłyszał Miętus, który powiedział nowemu, by nie mieszał się w ich sprawy. Wtedy narrator, wciąż próbując nie dopuścić do uświadomienia Syfona, zaproponował Miętusowi ucieczkę na wieś, do parobków. Wtedy oblicze chłopaka odmieniło się, odmalował się na nim sentymentalizm. Nie umknęło to uwadze Syfona i reszty jego stronników, którzy zaczęli wytykać Miętusowi zdradzenie ideałów. Ten, naprawdę rozsierdzony, wyzwał oponenta na pojedynek na miny. Starcie miało odbyć się w klasie po lekcjach, a na superarbitra wybrany został nowy, czyli Józio.

Rozległ się dźwięk dzwonka i do sali wszedł stary nauczyciel. Uczniowie zupełnie zapomnieli o tłumaczeniu z łaciny, najpewniej miał je tylko Syfon. Ciało pedagogiczne wyznaczyło do odpowiedzi Mydlakowskiego, ale ani on, ani reszta wezwanych przed tablicę uczniów nie umiała nawiązać rozmowy z nauczycielem. Wtedy pedagog, rozczarowany nieco postawą chłopców, rozpoczął opowieść o tym, jak to łacińskie końcówki ubogacają. Przerwał mu Gałkiewicz, który wyraził zupełnie odmienną opinię. I tym razem wstał Syfon i rozpoczął recytację. Nauczyciel entuzjastycznie podsumował jego wystąpienie i rozległ się dzwonek. Staruszek opuścił salę.

Rozpoczęto przygotowania do pojedynku na miny. Józio chciał uniknąć bycia arbitrem, lecz wyraźnie dano mu do zrozumienia, że musi sprostać zadaniu. Pylaszczkiewicz miał wykonywać miny budujące, a Miętus ripostować je burzącymi i szpetnymi kontrminami. Syfon rozpoczął od pozy zdumionej, wręcz zachwyconej, na co Miętus odpowiedział miną wyrażającą cielęce zachwycenie (zjadł przy tym muchę). Po chwili obaj zaczęli płakać i szlochać. Przewaga była po stronie Miętusa, ale Syfon wyprowadził naprawdę mocne uderzenie. Szybko osuszył łzy, wyciągnął nogę do przodu i stanął ze wskazującym palcem uniesionym w górę. Przeciwnik skopiował jego ruch, pluł na palec, dłubał nim w nosie, lecz Pylaszczkiewicz pozostał niewzruszony.

Nagle Syfon uderzył rywala w twarz i przewrócił go, po czym usiadł na nim okrakiem. Jego towarzysze związali sędziów Syfona, a on sam zaczął szeptać przeciwnikowi do ucha uświadamiające słowa. Pylaszczkiewicz zzieleniał, kwiczał jak zarzynane prosię, próbował zagłuszyć Miętusa. Oprawca krzyknął do Józia, by włożył Syfonowi w usta knebel sporządzony z chusteczki, ale w tym momencie w drzwiach stanął Pimko.

Rozdział IV - Przedmowa do Filidora dzieckiem podszytego

Narrator oznajmia czytelnikowi, że zanim przejdzie do dalszego ciągu tych wydarzeń, wtrąci krótką dygresję. Będzie to opowiadanie o tytule „Filidor dzieckiem podszyty”, które traktuje o pojedynku G. L. Filidora - profesora z Leydy - z Mom-senem z Colombo. Odbiorca otrzymuje także informację, by nie doszukiwał się związków między tą historią a losami Józia, autor ma przecież prawo zapełniać kolejne karty w dowolny sposób.

Twórca ma świadomość, że czytelnik odbiera jego dzieło cząstkowo, między telefonem i kotletem. Rozważaniom tym towarzyszy refleksja na temat Formy. Forma określa bowiem zniewala pisarza, wyznacza kierunek jego czynności twórczych. W wypadku dzieła literackiego kluczową rolę odgrywają tu pierwsze zdania, to od nich zależeć będzie przecież, czy powstanie utwór heroiczny czy komediowy.

W dalszych fragmentach narrator „rozlicza się” z artystami, którzy wynoszą się ponad innych. Często postrzegają oni samych siebie jako wyjątkowych, podczas gdy zupełnie nie znajduje to odzwierciedlenia w ich talencie. Posługuje się także przykładem odgrywania dzieł Szopena przez utalentowanego pianistę. W czasie koncertu utwory takie budzą zachwyt i silne emocje, ludzie są oczarowani. Ale czy byłoby tak, gdyby nie wiedzieli, że utwory skomponował wielki artysta, a odgrywa je wybitny muzyk? W ten sposób przedsądy wpływają na odbiór sztuki.

Narrator dotyka tematu Formy, pisząc: Lecz w rzeczywistości sprawa przedstawia się, jak następuje: że istota ludzka nie wyraża się w sposób bezpośredni i zgodny ze swoją naturą, ale zawsze w jakiejś określonej formie i że forma owa, ów styl, sposób bycia nie jest tylko z nas, lecz jest nam narzucony z zewnątrz - i oto dlaczego ten sam człowiek może objawiać się na zewnątrz mądrze albo głupio, krwawo lub anielsko, dojrzale albo niedojrzałe, zależnie od tego, jaki styl mu się napatoczy i jak uzależniony jest od innych ludzi. Dodaje, że człowiek wciąż szuka Formy, wciąż pozostaje z nią w jakichś relacjach. O, potęga Formy! Przez nią umierają narody. Ona wywołuje wojny. Ona sprawia, że powstaje w nas coś, co nie jest z nas. Lekceważąc ją nie zdołacie nigdy pojąć głupoty, zła, zbrodni. Ona rządzi naszymi najdrobniejszymi odruchami. Ona jest u podstawy życia zbiorowego. Jednakże dla was Forma i Styl wciąż jeszcze są pojęciami z dziedziny ściśle estetycznej - dla was styl jest li tylko stylem na papierze, stylem waszych opowiadań. [...] Zamiast aby sztuka wam służyła, wy służycie sztuce - i z owczą łagodnością zezwalacie, iżby wam hamowała rozwój i wpychała w piekło indolencji.

Autor zaleca więc artystom, by zamiast tworzyć dzieła formalnie doskonałe, zaczęli przezwyciężać narzuconą im Formę, wyrażać siebie. Aby to zrobić, muszą odrzucić swą dojrzałość, która wiąże się ze stabilnością przekonań i przeświadczeniem o wyższości.

Rozdział V - Filidor dzieckiem podszyty

Filidor był księciem syntetyków, człowiekiem działającym w duchu Wielkiej Syntezy. Istnienie tak wybitnej jednostki wymagało reakcji, którą stał się prof. dr Mom-sen, specjalista od Wyższej Analizy. Obaj mężczyźni za cel postawili sobie starcie z rywalem, obaj zaciekle ścigali przeciwnika, lecz żaden nie chciał przyznać, że sam jest ściganym.

Obaj mężczyźni wpadli na siebie w warszawskim hotelu „Bristol”. Świadkami wielkiego pojedynku byli asystenci Teofil Poklewski, Teodor Roklewski i narrator (Antoni Świstak). Starcie rozpoczęło się od wymiany spojrzeń, a następnie obaj przeszli do dyskusji o kluskach (analityk rozkładał je na mąkę, jaja i wodę, syntetyk poszukiwał wyższej formy istnienia, doskonałości). Szala zwycięstwa przechylała się na korzyść syntetyka, lecz wtedy analityk wpadł na pomysł, by poddać analizie żonę pana Filidora - profesorową Filidor. Zaczął więc wymieniać nazwy poszczególnych części ciała, doszedł nawet do leukocytów. Kobiecie zrobiło się zimno, więc mąż odwiózł ją do szpitala.

Następnęgo dnia stan zdrowia pani Filidorowej uległ pogorszeniu. Zaczynała ona tracić poczucie swej integralności. Jej mąż rozpoczął zatem prawdziwą burzę mózgów, o pomoc poprosiwszy swych asystentów i sprowadzonego z Rosji docenta Łopatkina. Wysunięto wniosek, że uderzenie analityka w policzek może okazać się odpowiednim posunięciem. Jednakże anty-Filidor wytatuował na swoich policzkach różyczki i gołąbki, bicie w nie byłoby biciem w tapetę.

Jedynym rozwiązaniem mogło być uderzenie Filidora przez anty-Filidora. Analityka trzeba było jednak sprowokować, co wcale nie należało do zadań łatwych. Profesor syntezy spieniężył swój majątek i zgromadził kwotę 850000 złotych, które rozmienił na złotówki. Do ostatecznego starcia miało dojść w restauracji „Alkazar”.

Celem Filidora była kochanka Mom-sena, Flora Gente. By skłonić ją do myślenia syntetycznego, profesor wykładał na stół kolejne złotówki. Na początku jego zabiegi nie osiągnęły zamierzonego celu, lecz przy znacznie wyższej liczbie monet kobieta, nie mogąc ogarnąć pojedynczych bilonów, zaczęła myśleć syntetycznie. Anty-Filidor uderzył więc Filidora w twarz, co stało się zaproszeniem do pojedynku.

Sekundantami Filidora zostali Łopatkin i Świstak, anty-Filidorowi towarzyszyli Poklewski i Roklewski. Starcie zaplanowano na wtorek. Tymczasem pani Filodorowa stopniowo wracała do zdrowia, dzięki czemu mogła być świadkiem starcia.

Pojedynek toczony był zgodnie z prawem symetrii. Każdemu ruchowi Filidora odpowiadał więc ruch anty-Filidora. Pierwszy strzał oddał syntetyk, chybił on jednak, narażając się na ripostę przeciwnika. Analityk również nie ranił przeciwnika, ale odstrzelił mały palec jego żony. W odwecie Filidor odstrzelił tę samą część ciała Flory. Finał pojedynku był tragiczny - zabrakło pocisków, a obok walczących leżały dwa ciała ich wybranek. Analiza właściwie zwyciężyła, ale cóż z tego? Zupełnie nic. Mogła równie dobrze zwyciężyć Synteza i też by z tego nic nie było.

Po starciu każdy z naukowców poszedł we własną stronę. Chodzili bez celu, mierząc z broni do wszystkiego. Zmienili się - lubili rozbijać szyby, spluwać na przechodniów, gonić baloniki. Kiedy tylko ktoś wspomniał o ich wspaniałej przeszłości, odpowiadali językiem typowo dziecinnym. Filidor stwierdził też, że wszystko podszyte jest dzieckiem.

Rozdział VI - Uwięzienie i dalsze zapędzanie w młodość

Pimko wszedł do sali akurat w kulminacyjnym momencie psychofizycznego gwałtu dokonywanego przez Miętusa na Syfonie. Będąc świadkiem niepokojącej sytuacji, pedagog nie stracił zimnej krwi i wmówił uczniom, że bawią się piłeczką. Po chwili zawołał do siebie Józia i oznajmił mu, że zaprowadzi go do Młodziaków, gdzie nowy uczeń zamieszka.

Po drodze Pimko opowiadał bohaterowi o gospodarzach nowoczesno-naturalistycznego domu. Pan Młodziak był inżynierem, jego żona inżynierową, a ich córka o imieniu Zutka nowoczesną pensjonarką. Józio szybko zrozumiał, że intencją Pimki jest uwięzienie go w dziecinności właśnie przez pensjonarkę. Próba ucieczki zdała się na nic. Już po chwili Józio i Pimko stanęli przed drzwiami domu Młodziaków.

Drzwi otworzyła Zuta - szesnastoletnia dziewczyna ubrana w sweter, spódnicę i sportowe buty. Była gładka, gibka, wysportowana i bezczelna. Na jej widok narrator struchlał. Córka gospodarzy powiedziała, że matki nie ma w domu, a Pimko i jego podopieczny weszli do środka, by poczekać na panią Młodziakową. W postaci jej córki dostrzegł narrator pewne pokrewieństwo typów z Kopyrdą.

Zuta nie zwracała uwagi na gości, którzy rozsiedli się na kanapie. Pimko zbliżył się więc do Józia i szeptał mu na ucho, by nie brał przykładu z tej dziewczyny. Narrator zrozumiał, że w ten sposób pedagog chce wzbudzić jego zainteresowanie nowoczesną pensjonarką.

W końcu pojawiła się pani Młodziakowa. Profesor przedstawił jej Józia jako siedemnastoletniego młodzieńca, który pozuje na dorosłego. Po chwili Pimko i pani inżynierowa podeszli do Zuty i zaczęli rozmawiać o gościu. Starsza kobieta stwierdziła, że nie lubi pozowania i starości, w dodatku uznała Józia za niewysportowanego. W wyrażaniu swoich poglądów zapędziła się tak daleko, że stwierdziła nawet, iż należy w ojczyźnie zburzyć wszystko, co stare - nawet Kraków.

Zuta, która przysłuchiwała się rozmowie z niechęcią, kopnęła Józia w nogę. Pimko uznał ten czyn za oznakę wielkiego tupetu, ale Młodziakowa zbagatelizowała zachowania córki. Na pytanie profesora o to, co powiedziałby Norwid, wysportowana pensjonarka odrzekła, że nie wie kim jest ten mężczyzna. Po chwili matka nakazała Zucie przeprosić gościa i obiecała Pimce, że Józio dostanie szkołę w ich domu.

Po ustaleniu warunków finansowych pedagog wyszedł, pożegnawszy ucznia. Nowego mieszkańca zaprowadzono do przygotowanego dlań małego pokoju (leżącego obok hallu, który, jak się okazało, był pokojem Młodziakówny), po czym i pani Młodziakowa wyszła, udawszy się na spotkanie komitetu dla zwalczania nieeuropejskiej plagi żebraniny dziecięcej w stolicy.

Józio został sam, ale szybko okazało się, że jego samotność jest samotnością z pensjonarką.

Rozdział VII - Miłość

Służąca przyniosła rzeczy bohatera, które ten zaczął porządkować. Wciąż jednak rozważał konieczność zaprzeczenia słowom Pimki, zaprezentowania się z innej strony. Postanowił więc porozmawiać z Młodziakówną. W przełamaniu nieśmiałości pomógł mu dzwonek telefonu. Usłyszawszy go, narrator wyszedł do hallu i przysłuchiwał się rozmowie pensjonarki z inną nowoczesną pensjonarką. Porozumiewały się one własnym, nowoczesnym językiem, a rozmowa dotyczyła spotkania w cukierni i wyjścia do kina. Józio, poprawiwszy swój wygląd, podszedł do Młodziakównej, lecz ona zapytała jedynie, czy chciałby zatelefonować. Kiedy usłyszała odmową odpowiedź, wróciła do rozmowy. Narrator udał się do pokoju.

Zapadał zmrok, a samotność Józia stawała się coraz trudniejsza do zniesienia (był to ten szczególny rodzaj samotności, kiedy za ścianą jest druga osoba). Bohater postanowił więc jeszcze raz spróbować nawiązać rozmowę z Zutą. Tym razem natknął się na nią, gdy czyściła buty. Zbliżył się do niej, a ona w zalotnej pozie zapytała: czym mogę służyć? Zachowanie to spłoszyło Józia, który po raz kolejny wrócił do pokoju. Chwilę później miało miejsce kolejne spotkanie - tym razem narrator zastąpił Młodziakównej drogę. Zdziwiona dziewczyna zapytała go, czego chce. Jednak zniewolony formą młodzieniec nie odpowiedział, tylko podążał krok w krok za Zutą. Czuł, że jest w niej zakochany.

Tę dziwną „zabawę” przerwał krzyk, jaki dobiegł oboje bohaterów z korytarza. Okazało się, że to Miętus przyszedł odwiedzić kolegę w nowym mieszkaniu. Chłopak zaatakował służącą, gdyż po pojedynku na miny nie mógł wyzbyć się szpetnych i przerażających min, nie mógł postępować inaczej niż ordynarnie. Uraczywszy kobietę kopniakiem w brzuch, wszedł do pokoju z butelką czystej monopolowej.

Koledzy udali się do pokoju. Józio opowiedział Miętalskiemu o swych uczuciach, dodał też, że ma już trzydzieści lat i musi pozbyć się tej gęby (przyprawionej mu przez Młodziakównę). Miętalski zaśmiał się tylko i powiedział, że Zuta ma już adoratora, którym jest Kopyrda (oboje zawsze starali się być nowocześni).

Gdy Miętus opróżnił butelkę, postanowił wyjść. Zdecydował, że zatrzyma się jeszcze w kuchni, ponieważ zainteresowała go pochodząca z ludu służąca (być może miała brata parobka).

Rozdział VIII - Kompot

Rozpoczął się różaniec dni monotonnych. Józio chodził do szkoły i wracał do Młodziaków. Nie zamierzał już uciekać, będąc uczniem, był przecież bliżej pensjonarki. Wczuł się więc w swoją nową rolę do tego stopnia, że zapomniał nawet o swym trzydziestaku.

W tym okresie zmarł Syfon, który powiesił się na wieszaku. Chłopiec nie mógł znieść tego, co go spotkało, uświadamiające słowa wciąż brzmiały w jego głowie. Jednakże Miętus nie skorzystał na tym w żaden sposób - jego gęba wciąż była wykrzywiona, a on stał się pokraczny. Miętalski wzdychał do parobka, Józio do Zuty. Dlatego zbliżyli się do siebie.

Narrator podejmował także próby zaprzyjaźnienia się z Kopyrdą, wypytywał go o Zutę. Jednakże nowoczesny kolega ignorował go.

W domu Młodziaków często pojawiał się Pimko. Pedagog spędzał więcej czasu z Zutą niż z Józiem. W czasie spotkań z pensjonarką próbował uczyć ją o dawnych czasach.

Pewnego dnia Józio zasiadł do obiadu wraz z Młodziakami. W trakcie posiłku pani inżynierowa zapytała córkę o chłopaka, z którym ją widziała. Dziewczyna odpowiedziała wymijająco, że go nie zna, lecz to nie zbiło matki z tropu. Młodziakowa zaczęła namawiać córkę, by wyjechała ze znajomym na weekend, ojciec dodał, że jeśli Zuta chce mieć nieślubne dziecko, to nie widzi w tym problemu (Kult dziewictwa ustał! My, inżynierowie konstruktorzy nowej rzeczywistości społecznej, nie uznajemy kultu dziewictwa dawnych hreczkosiejów!). Temat podjęła pani inżynierowa (ojciec Zuty czuł, że zapędził się zbyt daleko), nawiązując do amerykańskich romansów, swobody obyczajowej, liberalizmu.

Nagle, ni stąd, ni zowąd, Józio powiedział do Młodziakówny mamusia. Pan inżynier zaczął chichotać, a narrator odczuł zmianę rozkładu sił. Dotychczas wszystko, co przedsięwziął wobec pensjonarki odbijało się na nim (jakbym pluł pod wiatr), teraz poczuł, że dzięki temu chichotowi dotknął ją. Nabrał więc możności z pensjonarką.

Młodziakowa próbowała przywrócić tok rozmowy na właściwe tory. W tym czasie Józio wciąż siedział przy stole i bełtał łyżeczką w kompocie dla zabicia czasu (wrzucał do szklanki kulki zwinięte z chleba itp.). Kiedy inżynierowa dostrzegła, co robi Józio, zaczęła krzyczeć. On odrzekł jednak, że wszystko mu jedno i przystawił szklankę do ust. Młodziakowie nie mogli tego znieść. Najpierw wyszła Zuta, po niej matka, na końcu chichoczący ojciec.
Rozdział IX - Podglądanie i dalsze zapuszczanie się w nowoczesność

Józio postanowił iść za ciosem i skazić nowoczesny styl Zuty, by wyrwać się z sideł pensjonarki. Rozmyślając nad kolejnym krokiem, doszedł do wniosku, że najlepszym wyborem będzie podglądanie dziewczyny przez dziurkę od klucza. Kto wie, może wtedy udałoby mu się złapać ją na czymś nienowoczesnym.

Zanim narrator przystąpił do dzieła, wyjrzał przez okno. Na zewnątrz dostrzegł Miętusa skradającego się do kuchennego wejścia (widocznie zainteresowanie służącą było czymś więcej) oraz żebraka. Poszedł do starszego mężczyzny, dał mu 50 groszy (drugie tyle obiecał dać wieczorem) i polecił trzymać gałąź w ustach przez cały dzień.

Młodziakówna odrabiała lekcje. Józio, zniecierpliwiony, przełknął głośno ślinę, by dać jej do zrozumienia, że jest obserwowana. Wtedy ona pociągnęła nosem, on odpowiedział tym samym. Obserwację przerwało wejście inżynierowej do pokoju. Zapytała ona Józia, dlaczego nie odrabia lekcji oraz poruszyła temat żebraka. Widziała rozmowę lokatora z mężczyzną i zastanawiała się, jaki sens ma trzymanie przez mężczyznę gałęzi (przypuszczała, że jest to zamach na niezależność i nowoczesność córki).

Po chwili Młodziakowa opuściła dom, gdyż musiała udać się na spotkanie komitetu. Józio, skonsentrowany na starszej kobiecie, nie zauważył wymknięcia się Młodziakównej; został sam. Postanowił wtedy, że przeszuka dom Młodziaków.

Józio poszperał po sypialni, w korytarzu znalazł but, w którym znajdował się goździk. Niewiele myśląc, wyjął kwiat i wrzucił do środka muchę. Następnie udał się w stronę szafek Młodziakównej.
W prywatnych rzeczach pensjonarki narrator odnalazł całą stertę listów pisanych do niej przez uczniów oraz mężczyzn dorosłych. Były tam wiadomości nieśmiałe, były także zawstydzające, napisane w wiadomym celu. Uwagę bohatera przykuły dwie kartki. Jedna napisana była przez Pimkę. Pedagog, podając jako powód konieczność douczenia Młodziakównej na temat Norwida, zapraszał ją do siebie. Drugą podpisał Kopyrda, który odezwał się do Zuty w sprawie spotkania. Józio starannie odpisał na oba listy. Zaprosił Kopyrdę i Pimkę do złożenia wizyty w czwartek o 12.

Rozdział X - Hulajnoga i nowe przyłapanie

Następnego dnia Józio postanowił obserwować Młodziaków w czasie porannej toalety. Zuta zeszła ostatnia i wzięła zimny prysznic, który szybko ją rozbudził. Był to cios dla narratora, gdyż chciał wyzwolić się spod jej wpływu, oglądając ją rozmemłaną.

Dzień minął bez większych atrakcji. Józio podglądał jeszcze pensjonarkę przez dwie godziny, lecz nie dostrzegł niczego godnego uwagi. W zajęciu tym przeszkadzała mu Młodziakowa, która często odwiedzała jego pokój.

Narrator czuł, że staje się dla Młodziaków niewygodnym lokatorem, przeciwnością. Jednakże cierpliwie czekał na to, co miało wydarzyć się o 12.

Około 11 Józio powiększył szparę w drzwiach Młodziakównej i nadal ją podglądał. Dziewczyna zdjęła ubrania i położyła się. Czytała jakąś angielską powieść (kryminalny romans), a po chwili zaczęła pląsać po pokoju, jak gdyby prowokując podglądacza. Wtedy rozległo się pukanie do pokoju.

Zuta narzuciła koszulę i otworzyła okno. Do pokoju wszedł Kopyrda, a po chwili para obściskiwała się w łóżku. Nie mieli dla siebie wiele czasu, gdyż tym razem w okno zastukał Pimko. Pedagog wszedł do środka i powiedział: Zutka! Pensjonarka! Mała! Ty - powiedz „ty”! Koleżanką jesteś moją! Jam kolega! Dziewczyna była wyraźnie zmieszana wizytą starego mężczyzny. Tymczasem Pimko wyczuł, że oprócz niego jeszcze ktoś przebywa w pokoju. Wtem pozostający za drzwiami Józio krzyknął: Złodzieje! Złodzieje! Amanci wskoczyli do szaf.

Do hallu przybiegli rodzice Zuty. Początkowo przypuszczali, że mają do czynienia z kłamstwem Józia, lecz kiedy ten otworzył szafę, ich oczom ukazał się Kopyrda. Widok młodego i nowoczesnego kolegi nie zrobił na nich wrażenia, byli wręcz zadowoleni na widok przystojnego blondyna z marynarką w ręku.

Narrator rozmyślnie powstrzymywał się przed otworzeniem szafy z Pimką, chciał przecież, by sytuacja nabrała określonego charakteru. Dopiero wtedy odsłonił przed Młodziakami zaskakującą zawartość drugiego mebla. Pedagog wyszedł wyraźnie zakłopotany i jąkając się, próbował objaśnić Młodziakom cel swojej wizyty. Właściciele domu znaleźli się w niezwykle trudnym położeniu - nie potrafili określić się względem sytuacji (dwóch mężczyzn: jeden stary, jeden młody, gdyby chociaż obaj byli młodzi lub obaj starzy). Czarę goryczy przepełniło pojawienie się w oknie zarośniętej twarzy z gałązką w ustach. Żebrak powiedział: dopraszam się łaski, a Młodziakowa zaczęła histerycznie krzyczeć, by coś mu dano.

W tym wszystkim pensjonarka zręcznie schowała się pod kołdrę, wystawiając tylko nogi i twarz. Rozegrała to doskonale, inne dziewczęta tłumaczyłyby się i szlochały.

Wykorzystując zamieszanie z żebrakiem, Kopyrda i Pimko chcieli opuścić dom Młodziaków. Drogę zastąpił im inżynier, który wszedł w rolę ojca. Matka wysunęła oskarżenie, że obaj goście chcieli deprawować dziewczynę (sytuacja obracała się na korzyść pensjonarki). Wtedy Józio podsunął Pimce linię obrony. Profesor miał wejść do ogrodu z powodu nagłej potrzeby i ujrzeć w oknie Zutę. Chciał się tylko przywitać, a do domu dostał się przez drzwi, otworzone przecież przez samą pensjonarkę.

Młodziakówna całkowicie schowała się pod kołdrę, a jej ojciec zachichotał (nie wiadomo z jakiego powodu). Jednakże już po chwili uderzył Pimkę w papę (ten także się śmiał, co rozsierdziło inżyniera). Pedagog groźnie odpowiedział, ale skierował się w stronę drzwi. Młodziak uderzył jeszcze Kopyrdę - dość niezręcznie, gdyż chciał zatrzymać swój cios - na co ten odpowiedział atakiem. Rozpętała się bójka, po chwili dołączyli do niej Pimko i Zuta.

Józio, korzystając z zamieszania, spakował najważniejsze rzeczy i udał się do wyjścia. Odchodziłem lekki. Słodko, słodko otrząsnąć pył z obuwia i odchodzić nie pozostawiając nic za sobą, nie, nie odchodzić, ale iść... Czy było to, że Pimko, belfer klasyczny, mnie upupił, żem był uczniem w szkole, nowoczesnym z nowoczesną, że byłem tańczącym w sypialni, musze obrywającym skrzydła, podglądającym w łazience, tra, la, la... Że byłem z pupą, z gębą, z łydką, tra, la, la... Nie, zniknęło, ani młody, ani stary, ani nowoczesny, ani staromodny, ani uczeń, ani chłopiec, ani dojrzały, ani niedojrzały, byłem nijaki, byłem żaden...

Idąc przez kuchnię, Józio usłyszał swe imię. Okazało się, że Miętus miał schadzkę ze służącą. Po chwili kolega dołączył do narratora i oboje szli już ulicą. Miętalski zobaczył walizkę kolegi i zapytał, czy ucieka. Gdy otrzymał twierdzącą odpowiedź, zaproponował, aby obaj udali się na wieś, do parobków.

Rozdział XI - Przedmowa do Filiberta dzieckiem podszytego

Prawo symetrii wymaga, żeby Filidorowi dzieckiem podszytemu odpowiadał takiż Filibert. Autor jest więc zniewolony i musi przedstawić kolejną przedmowę.

Narrator wysuwa wniosek, że źródłem wszystkich cierpień jest męka złej formy (określona też męczarnią frazesu, gęby, miny). Rozwijając temat, określa tę mękę cierpieniem zrodzonym z ograniczenia drugim człowiekiem, jego wyobrażeniem o nas.

Następnie zastanawia się nad genezą takiego stanu, przyczyną powstania tego dzieła. Rozpoczyna długie wyliczenie, które kończy zachętą do przeczytania opowieści o Filibercie dzieckiem podszytym. Symbolika tej historii stanowi bowiem odpowiedź na wszystkie pytania.

Rozdział XII - Filibert dzieckiem podszyty

Pewien wieśniak mieszkający w Paryżu pod koniec osiemnastego stulecia miał dziecko. To dziecko także miało dziecko, a kolejne dziecko również doczekało się dziecka. Ostatnie z tych dzieci grało właśnie mecz tenisowy na kortach francuskiego „Racing Klubu”.

Publika reagowała żywiołowo. Jednak wśród widzów znalazł się także pułkownik żuwawów, który zapragnął popisać się swoimi zdolnościami. Strzelił więc do piłki i rozpłatał ją. Pozbawieni głównego elementu swojej gry sportowcy przez chwilę jeszcze machali rakietami, a później rzucili się na siebie z pazurami.

Kula nie zatrzymała się na piłce i przebiła tętnicę pewnego przemysłowca. Jego żona chciała rzucić się na pułkownika, była jednak uwieziona w tłumie. Postanowiła więc wyładować złość na sąsiedzie i uderzyła go w twarz. Okazało się, że był to epileptyk, który nagle dostał ataku. W tej sytuacji kobieta znalazła się między mężczyzną tryskającym krwią a mężczyzną toczącym pianę. Publika klaskała.

Wtedy anonimowy mężczyzna wskoczył na głowę siedzącej przed nim pani. Kobieta uniosła go i zbiegła na plac. Publika grzmiała z radości. Jedno wydarzenie pociągnęło za sobą kolejne (na trybunach był m. in. nauczyciel, który od zawsze marzył o skakaniu na głowy pań siedzących przed nim).

Kulturalna część publiki chciała zatuszować te zajścia oklaskami, lecz ich intencje zostały źle zrozumiane. Ci mniej kulturalni uznali je za zachętę i dołączyli do zamieszek.

Wtedy przed tłumem stanął markiz de Filiberthe, który poczuł się dżentelmenem. Zapytał, czy ktoś chce obrazić jego małżonkę, i rozrzucił kilkadziesiąt bilecików wizytowych.

Przed żoną Markiza stanęło ok. 36 mężczyzn na swych kobiecych rumakach. Każdy z nich obrażał kobietę, a ta ze strachu poroniła. Markiz, podszyty dzieckiem tak nieoczekiwanie, opatrzony i uzupełniony dzieckiem w momencie, gdy występował pojedynczo i jako dżentelmen dorosły sam w sobie - zawstydził się i poszedł do domu - podczas gdy grzmot oklasków rozlegał się wśród widzów.

Rozdział XIII - Parobek, czyli nowe przechwycenie

Józio i Miętus przemieszczali się w stronę peryferii miasta. W mijanych ludziach Miętalski starał się dostrzec upragnionego parobczaka, ale każdy z nich miał jakąś gębę. Następnie przeszli przez las i zostawili za sobą kilka opustoszałych wiosek. Miętus zastanawiał się, czy wszyscy chłopi poumierali. W końcu postanowił zapukać do drzwi.

Bohaterowi odpowiedziało wściekłe ujadanie. Już miał on pogodzić się z porażką, wtem z dołu po ziemniakach wychyliła się głowa chłopa. Mężczyzna, podobnie jak inni, zaczął ujadać, później uciekać. Miętus doskoczył do niego i wyjawił swe prawdziwe intencje. Jednakże mieszkaniec wsi nie uwierzył. Jego żona, która karmiła dziecko, dodała, że nie są ludźmi, ale psami. Nagle pojawiło się więcej osób, wszystkie szczekały i warczały, a na łańcuchach towarzyszyły im prawdziwe psy. Był to sposób obrony mieszkańców wsi przed uczłowieczeniem zbyt intensywnie stosowanym.

Sytuacja bohaterów stała się beznadziejna. Wydawało się, że zostaną pożarci w niewiadomy sposób. Wtedy, zupełnie niespodziewanie, nadjechał samochód. Obok szofera siedziała w nim ciotka narratora - pani Hurlecka (z domu Lin). Józio i Miętus zostali uratowani.

W czasie jazdy do Bolimowa (gdzie kobieta mieszkała z mężem Konstantym i Zosią i Zygmuntem, dziećmi) ciotka wciąż wspominała minione lata (Józio z dzieciństwa) i członków rodziny (narrator miał odziedziczyć talent do historii po matce), przeplatając te opowieści z chaotycznymi informacjami o czasach obecnych. W końcu oznajmiła, że Józio ma 30 lat, co zdziwiło Miętusa (wcześniej w to nie wierzył).

W końcu samochód dotarł do Bolimowa. Na przywitanie Józio zapytał wszystkich o zdrowie (tak przecież wypadało). Tym sposobem rozpoczął rozmowę o chorobach i poznał dolegliwości wszystkich członków rodziny (Kocio - reumatyzm, ciotka - serce, Zosia - anemia, Zygmuś - zawiane ucho).

Po chwili wszyscy udali się na kolację, na którą zaprosił stary sługa Franciszek. W pewnym momencie Miętus zamarł. Dostrzegł bowiem lokaja, około osiemnastoletniego chłopaka, prawdziwego parobczaka (nie więcej niż osiemnaście, duży ni mały, nie brzydki i nie przystojny - włosy miał jasne, ale blondynem nie był. Uwijał się i obsługiwał boso, z serwetką przewieszoną przez lewe ramię, bez kołnierzyka, z koszulą zapiętą na spinkę, w zwykłym niedzielnym ubraniu parobków wiejskich.). Jego cechą charakterystyczną była gęba (Gębę miał - ale gęba jego nie była w niczym pokrewna fatalnej gębie Miętusa, nie była to gębawytworzona, lecz naturalna, ludowa, grubo ciosana i zwykła. Nie twarz, która gębą się stała, lecz gęba, która przenigdy nie zyskała godności twarzy - była to gęba jak noga!).

Po kolacji wszyscy zasiedli w salonie. Planowano zagrać w brydża, ale Miętus nie znał zasad. Poprzestano więc na nudnej rozmowie. Następnie pokojówka zaprowadziła wszystkich do przydzielonych im pokoi. Miętus opowiedział Józiowi o swej fascynacji lokajem, pragnął zbratać się z parobkiem. Dlatego też nacisnął przycisk, a na dźwięk dzwonka pojawił się młodzieniec.

Miętus wydawał służącemu kolejne polecenia (przynieść wodę, otworzyć lufcik itp.), a gdy ten wykonywał czynności, wypytywał go o jego życie. Okazało się, że miał na imię Walek, u państwa pracował od miesiąca, wcześniej zajmował się końmi. Miętus był wniebowzięty, wszystko się zgadzało.

Parobczak na chwilę wyszedł, a kiedy wrócił, Miętus poprosił go o zawiązaniu mu butów. Wtedy do akcji wkroczył Józio. Zapytał, czy dziedzic bije służącego, a po uzyskaniu twierdzącej odpowiedzi, sam uderzył go w twarz i krzyknął Won! Spotkało się to z protestem Miętusa, który przerwany został pukaniem do drzwi. W pokoju pojawił się Zygmunt. Na wieść o tym, co Józio zrobił lokajowi, pochwalił kuzyna. Miętus nie mógł tego znieść i wyszedł z pokoju.

Zygmunt opowiedział narratorowi o tym, jak to jego rodzina daje w gęby ludziom różnych profesji (po brzmiącym jak strzał z pistoletu uderzeniu Walka przez Józia nabrał on do kuzyna sympatii). Kiedy syn ciotki wyszedł, w pokoju ponownie pojawił się Miętus. Opowiedział koledze, że właśnie zbratał się z parobczakiem. Zastał służącego w kredensie, w czasie czyszczenia butów, i nakazał mu uderzyć się w twarz, a później sobą pomiatać. Świadkiem całego zdarzenia była Marcyśka, dziewka kuchenna. Po chwili wszyscy troje śmiali się z domu państwa i dziwnych zachowań jego mieszkańców (Państwo bardzo som pazerne i łakome - do góry brzuchem leżom i choroby majom od tego. A pon dziedzic, jak było polowanie, na gajowego wlazł! Na gajowego wlazł! Gajowy Wicenty stali za niem z drugom dubeltówką, pon dziedzic do dzika strzelił, dzik do pana dziedzica skoczył, a pon dziedzic dubeltówkę rzucił i na Wicentego wlazł). W tych okolicznościach zastał ich Franciszek, który momentalnie przepędził Walka i Marcyśkę.

Józio zastanawiał się nad tym, jakie będą skutki bratania się Miętusa z parobkiem. Stwierdził także, że odkrył, co pozwala panom i służbie żyć w pokoju. Było to nieustanne mordobicie (teraz już tylko jego groźba), które utrzymywało w ryzach chamów, wyznaczało granicę. Obie grupy były przecież swoją tajemnicą, obie wiedziały o sobie niemal wszystko.

Rozdział XIV - Hulajgęba i nowe przyłapanie

Następnego dnia Józio udał zdziwienie, gdy ciotka spytała go o nocne zajścia w kredensie. Określił Miętusa mianem demokraty teoretyka. Popołudniu grano w karty, a wujek Konstanty powiedizał Józiowi, że jego kolega zabiera się do Walka. Objaśnił więc, że Miętusowi chodzi tylko o zbratanie się z parobkiem. Gospodarz chciał nawet uderzyć służącego, ale narrator objaśnił mu zasady funkcjonowania sympatii Miętusa do parobków (On lubi mordobitych).

Do salonu wszedł Franciszek, który oznajmił Konstantemu, że zbratanie się parobka z gościem przyniosło opłakane skutki. Ludzie zaczynali mówić, śmiali się.

Tymczasem Miętus gdzieś zniknął. Dostrzeżono go na skraju lasu z parobkiem, wciskał mu do kieszeni pieniądze. Zygmunt zawołał służącego, lecz ten uciekł w głąb lasu. Wyruszono więc do boru, by porozmawiać z Miętusem (bez zbędnych świadków). Kolega narratora otwarcie przyznał się do bratania się z parobkiem. Zygmunt zagroził zwolnieniem służącego (z powodu jego demoralizacji), Konstanty wyśmiewał się z upodobań Miętusa, za co ten opowiedział o przygodzie z dzikiem na polowaniu.

W pewnej chwili Miętus uciekł, a za nim popędził Józio. W całą sytuację zamieszana została też spacerująca Zosia (myślała, że jest ścigana). Narrator dopędził kolegę dopiero wtedy, gdy ten upadł. Chłopak przemówił wtedy wiejską gwarą (był już zbratany), a Józiowi z trudem udało się go namówić na powrót do domu.

Państwo podjęli decyzję o zwolnieniu Walka, ich dom opuścić mieli także gości. Konstanty powiedział: Widzę, że prądy bolszewickie panują śród młodzieży szkolnej. Odwiódł przy tym Zygmunta od zamiaru pojedynku z Miętusem, zaznaczając, że lepszym wyjściem byłoby dać mu po pupie.

Na wieść o przymusowym wyjeździe Miętus rozpłakał się. Mówiąc wiejską gwarą, zaznaczył, że nigdzie nie uda się bez Walka. Przekonany o konieczności opuszczenia domu ciotki Józio postanowił więc skłonić parobka do ucieczki. Pod osłoną nocy opuścił pokój, by porozmawiać z Walkiem.

W tym czasie służący czyścił buty w kredensie. Początkowo nie spodobał mu się pomysł Józia, lecz kiedy został uderzony w twarz, zmienił zdanie. Bohaterowie szli już do Miętusa, ale powstrzymało ich wejście wuja Konstantego. Korzystając z ciemności, Józio schował się za kotarą. Niestety, dla parobka brakło miejsca. Po chwili pojawili się także Zygmunt i Franciszek. Walka oskarżono o próbę kradzieży sreber.

Po chwili Konstanty i Zygmunt zaczęli bić Walka po twarzy, chociaż ten zaprzeczał, jakoby chciał cokolwiek ukraść. Kiedy obaj się zmęczyli, kazali parobkowi nakryć do stołu. Krzyczeli przy tym: Moje piję! Ja piję moje! Jem swoje! Moje, nie twoje! Moje! Znaj pana! Czynili to, aby już nigdy nie przyszło mu do głowy krytykować ani wydziwiać.

Niespodziewanie do pokoju wpadł Miętus, który stanął w obronie Walka. Wywiązała się bójka. Po chwili kamień zbił okno, a do pomieszczenia wpadł przyglądający się scenie lud. Józio wyszedł zza kotary i popędził do ciotki. Obudziwszy ją, zaprowadził ją na miejsce dziwnych wydarzeń, a ona dołączyła do bratającego się ludu.

Wykorzystując zamieszanie, Józio spakował swe rzeczy i wybiegł z domu. Po drodze porwał jeszcze przestraszoną Zosię. Wyznał jej, że zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Dziewczyna była szczęśliwa. Oboje mieli udać się do Warszawy.

Zosia uwierzyła w słowa Józia, chociaż ten chciał wykorzystać ją jako parawan chroniący pozory dojrzałości.

Para długo wędrowała przez łąki, zmierzając w kierunku stacji. W końcu znaleźli się na całkowitym odludzi, a obecność Zosi zaczęła ciążyć narratorowi. Chciał on nawet, by pojawił się ktoś trzeci i uwolnił go od dziewczyny. Wtedy ona rzekła do niego: Dlaczego wołasz i krzyczysz? Jesteśmy sami... Podała mu gębę, a on ją ucałował, gdyż ona ucałowała go swoją gębą.

A teraz przybywajcie, gęby! Nie, nie żegnam się z wami, obce i nieznane facjaty obcych, nie znanych facetów, którzy mnie czytać będziecie, witam was, witam, wdzięczne wiązanki części ciała, teraz niech się zacznie dopiero - przybądźcie i przystąpcie do mnie, rozpocznijcie swoje miętoszenie, uczyńcie mi nową gębę, bym znowu musiał uciekać przed wami w innych ludzi i pędzić, pędzić, pędzić przez całą ludzkość. Gdyż nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę, a przed człowiekiem schronić się można jedynie w objęcia innego człowieka. Przed pupą zaś w ogóle nie ma ucieczki. Ścigajcie mnie, jeśli chcecie. Uciekam z gębą w rękach.

Koniec i bomba A kto czytał, ten trąba! W. G.

Plan wydarzeń

1. Nagłe przebudzenie się głównego bohatera.
2. Refleksja narratora nad swoim życiem.
3. Odwiedziny Pimki.
4. Józio trafia do szkoły pana Piórkowskiego.
5. Przerwa, w czasie której matki obserwują synów przez dziury w płocie.
6. Konflikt Miętusa i jego stronników (chłopaki) z Syfonem i jego poplecznikami (chłopięta).
7. Lekcja polskiego.
8. Lekcja łaciny.
9. Pojedynek na miny.
10. Gwałt przez ucho i zwycięstwo Miętusa.
11. Narrator snuje rozważania nad sztuką i formą.
12. Historia pojedynku Filidora i Anty-Filidora.
13. Józio na stancji u Młodziaków.
14. Bohater zainteresowany Zutą Młodziakówną.
15. Obiad i dyskusja o nowoczesności.
16. Wizyta Miętusa.
17. Józio podgląda córkę gospodarzy.
18. Listy miłosne.
19. Mający na celu przezwyciężenie formy panującej w domu Młodziaków plan Józia.
20. Pimko i Kopyrda odwiedzają Zutę nocą.
21. Odkrycie nieproszonych gości i awantura.
22. Miętus i Józio udają się na wieś, by poszukiwać parobka.
23. Kolejna dygresja - tym razem wyliczenie problemów spowodowanych przez złą formę.
24. Historia Filiberta dzieckiem podszytego.
25. Dziwne zachowanie mieszkańców wiosek (szczekają na bohaterów niczym psy).
26. Pojawienie się ciotki Hurleckiej.
27. Bohaterowie w drodze do Bolimowa.
28. Spełnia się marzenie Miętusa, który spotyka Walka - parobka idealnego.
29. Napięta sytuacja w dworze Hurleckich, co spowodowane było nocnym brataniem się Miętusa z Walkiem.
30. Plan ucieczki.
31. Nieudana próba wydostania się Miętusa, Józia i Walka z domu Hurleckich.
32. Awantura, do której dołączają okoliczni chłopi.
33. Józio porywa Zosię (kuzynkę) i wraz z nią ucieka w stronę Warszawy.
34. Główny bohater jest zmęczony towarzystwem dziewczyny.
35. Kończący dzieło pocałunek - ucieczka przed gębą i formą nie jest możliwa.

Losowe tematy

Złota kaczka – streszczenie problematyka...

Streszczenie Żył sobie warszawski szewczyk imieniem Lutek. Chociaż ciężko pracował był biedny i trudno wiązał koniec z końcem. Raz dowiedział się że w podziemiach...

Sztuka poetycka – interpretacja...

„Sztuka poetycka” Paula Verlaine’a to wiersz autotematyczny w którym poeta wykłada swoją wizję poezji. Tekst ma charakter swoistej instrukcji tworzenia...

Nowy wspaniały świat – streszczenie...

Streszczenie Jest rok 2541 czyli „632 po Fordzie”. Świat został zorganizowany wedle zupełnie nowych zasad wyznaczonych przez Forda. Ludzie nie rodzą się już...

Pan Tadeusz – opracowanie motywy...

Geneza „Pan Tadeusz” powszechnie uznawany za polską epopeję narodową powstał w latach 1832 – 1834. Klęska powstania listopadowego bardzo mocno dotknęła...

Tango – opracowanie problematyka...

Geneza „Tango” napisał Sławomir Mrożek przebywając poza granicami Polski. Pierwodruk dramatu ukazał się w 1964 w 11 numerze czasopisma literackiego „Dialog”....

Plastusiowy pamiętnik – opracowanie...

„Plastusiowy pamiętnik” to jedna z tych książeczek które zna każde polskie dziecko! Od lat bowiem jest on lekturą w pierwszej klasie szkoły podstawowej....

Unde malum – interpretacja i analiza...

„Unde malum” Tadeusza Różewicza to wiersz pochodzący z tomu „Zawsze fragment. Recycling” z 1998 roku. Wiersz podejmuje tematykę etyczną dotyczy...

Pan Cogito – opracowanie cyklu...

Geneza „Pan Cogito” to jeden z najbardziej znanych tomów poetyckich Zbigniewa Herberta. Został on wydany w 1974 roku. Bohater liryczny – pan Cogito...

Sonet IV O wojnie naszej którą...

„Sonet IV O wojnie naszej którą wiedziemy z szatanem światem i ciałem ” autorstwa Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego przedstawia koncepcję ludzkiego życia...